środa, 26 lipca 2017

[Alladyn] Część I

Człowiek nie jest stworzony do samotności


Poniedziałek okazał się dość ponurym dniem.
Nie było tak tylko z powodu okropnie wietrznej i nieciekawej pogody. Lucy kolejną godzinę spędziła stukając w wyświetlać telefonu i rozglądając się po swojej ulubionej kawiarni. Było to małe i przytulne miejsce. Białe ściany sprawiały, że wydawało się ono większe. Dzięki przyozdobieniu wieloma rodzajami jej ukochanych kwiatów czuła się bardzo swobodnie. Na zewnątrz znajdowała się jej ulubiona weranda z małymi, okrągłymi stoliczkami. Uwielbiała siedzieć na niej ze swoją ulubioną książką i popijać kawę na świeżym powietrzu. Zawsze wybierała akurat to miejsce na spotkania. Ludzie dobrze o tym wiedzieli i zdarzało się, że w potrzebie znajdowali ją właśnie tam.
Blondynka westchnęła. Niechętnie wstała z miejsca i pewnym krokiem ruszyła ku wyjściu. Jedną dłonią złapała za pasek swojej torebki, drugą zacisnęła w pięść. Wystawił ją. Ten palant po prostu ją wystawił. Wychodząc na zewnątrz zaczęła walkę z niesfornymi, długimi włosami, które ciągle rozwiewał wiatr. Gdy już udało jej się znaleźć za rogiem, gdzie wiatr był o wiele mniejszy, wyciągnęła swój telefon z torebki. Zdążyła napisać szybką wiadomość do chłopaka z którym miała się spotkać, a następnie wściekła wyciszyła dźwięk.
Kolejny raz wydawało jej się, że spotkała miłego chłopaka, a ostatecznie kończyło się jak zawsze. Ciszą. Lucy mogła iść o zakład, że i tym razem kontakt z chłopakiem zniknie, a w szkole będzie jej unikał.
Dziewczyna zsunęła torebkę z ramienia i bujając nią zaczęła lekko uderzać o ścianę budynku obok. Spoglądała na zachmurzone niebo, odzwierciedlało ono uczucia szalejące wewnątrz niej. Targało nią od złości, ale i  smutku. Naprawdę w tej chwili myślała tylko o tym, jakie życie jest dla niej niesprawiedliwe. Czy naprawdę w tym mieście nie było ani jednego normalnego chłopaka? Chyba jej jedyną nadzieją pozostawało studiowanie w innym mieście.
Znała te okolice bardzo dobrze, w końcu naprzeciwko znajdowała się jej szkoła. Ruszyła slalomem między paroma ciemnymi uliczkami, aż znalazła się na terenie wielkiego placu zabaw. Cały teren obsypany był piaskiem w którym uwielbiały się załatwiać dzikie koty. Na placu znajdowały się huśtawki, drabinki, różnego rodzaju sieci, po których można było się wspinać. Jednak najbardziej uwielbianą przez dziewczynę rzeczą była wielka rakieta w samym centrum.
Jakimś cudem dziewczyna wślizgnęła się do środka. Czasami jej krągłości, które tak lubiła, stawały się męczące. Fakt faktem miała już siedemnaście lat, więc nie powinna narzekać, że małe przejścia w domkach dla dzieci nie pasują do jej wymiarów.
Usiadła, podciągając kolana pod brodę. Rakieta była spora, pomieściłaby w sobie z pięć dorosłych osób. Na jej ściankach znajdowały się małe okrągłe okienka poustawiane na różnych wysokościach. Szkiełka były różnokolorowe, przez co gdy świeciło słońce można było poczuć się jak w magicznym miejscu. Lucy nie przyszła jednak z tego powodu.
Dziewczyna odgarniając potargane włosy z czoła spojrzała w górę. Czubek rakiety był złotą półkulą na której postanowiono otworzyć kilka konstelacji. Za dnia nikt tego nie zauważał, lecz przy szarym niebie lub ciemną nocą, złote gwiazdki zaczynały pokazywać swoje piękno. Lucy kiedyś sprawdzała w Internecie wszystkie z konstelacji, jednak rozpoznała tylko trzy z czterech. Waga, skorpion i strzelec. Tajemniczy zbiór gwiazd zawsze ją fascynował.
Mimo, że miejsce to odwiedzane było i znane przez wiele dzieci, Lucy czuła, że to taka jej samotnia w której może spokojnie posiedzieć i odzyskać siły. W wielkim domu, gdzie na każdym kroku była obserwowana i zagadywana przez służbę ojca, miała czasami po prostu dość i myślała, że oszaleje. Kochała ludzi, uwielbiała ich poznawać oraz z nimi przebywać, pracowników w domu traktowała jak własną rodzinę, jednak tego wszystkiego było już za dużo. Czasami chciałaby mieć mały domek z kochającą się rodziną, która spotyka się codziennie przy wspólnie gotowanym obiedzie.
Bez świadków, bez ochrony, bez wymyślnych dań, bez tego wszystkiego.
Po prostu, rodzinnie.
Niestety kiedy tylko jej ojciec został awansowany na wysokie stanowisko polityczne wszystko się zmieniło. Nie widziała go już tak często, zawsze był zamknięty w swoim biurze i tylko czasem wychodził przez korytarz na balkon, aby zapalić papierosa. Chociaż nawet wtedy nie pozwalał do siebie podchodzić, widocznie tak samo jak ona starał się znaleźć choć jedno miejsce dla siebie.
A jej matka? Umierała. Każdego dnia leżała samotnie w szpitalu, walcząc w śpiączce o życie. Lucy nie była w stanie jej odwiedzić, wstydziła się. To wszystko było jej winą. Gdyby pewnego dnia nie wyrwała się matce z pod szkoły i nie wybiegła na ulice, może jej rodzicielka nie rzuciłaby się na ulice, aby jej pomóc.
Lucy uderzyła się lekko w twarz. Nie chciała o tym teraz myśleć. Chciała poczuć pustkę, niczym się nie zadręczać. Powoli zamknęła wilgotne od słonych łez oczy i położyła głowę na kolanach. Cicho westchnęła, co wywołało jej cichy i niezamierzony szloch.
Płakała cicho, choć wiedziała, że i tak nikt jej tu nie znajdzie i nie usłyszy. Była samotna jak nigdy, często tego pragnęła. W tym momencie jednak chciała, żeby ktoś po prostu podszedł i mocno ją przytulił. Bez słowa, bez żadnego tłumaczenia i współczucia, chciała poczuć ciepło drugiej osoby i wiedzieć, że może na kogoś liczyć, że ktoś zawsze będzie obok.
Niestety poszukiwania bratniej duszy szły jej kiepsko. Każdy chłopak, którego spotykała, kończył znajomość tuż zanim dochodziło do pierwszego spotkania. Levy, jej jedyna prawdziwa przyjaciółka, miała teraz gorsze chwile i często znikała, powoli traciły kontakt. Czasami miała wrażenie, że gdy tylko Levy o niej całkowicie zapomni to naprawdę zostanie zupełnie sama.
Nagle usłyszała cichą wibracje z dna torebki. Podniosła głowę z kolan, pociągnęła nosem i wyciągnęła dłoń po telefon. Dzwoniła Virgo, jej pokojówka, która była najmłodsza z całej jej służby, gdyż miała ledwo dwadzieścia lat.
- Halo? – zapytała, pociągając nosem po raz kolejny.
- Przeziębiłaś się, księżniczko? Mówiłam, że pogoda nie sprzyja.
- Nie, nic mi nie jest – westchnęła.
Virgo zamilkła na chwilę.
- To, że kolejny księżniczki nie chciał…
- NIE PŁACZE PRZEZ CHŁOPAKA! – krzyknęła, robiąc się cała czerwona na twarzy.
- Ah tak – odparła chłodno pokojówka. – Zbiera się na deszcz, więc podjadę po ciebie.
- Nie mówisz, sama dam sobie radę.
- Za późno. – Lucy usłyszała pukanie nad jej głową. – Już jestem.
Zdziwiona dziewczyna przecisnęła się po raz kolejny przez małe wejście rakiety i spojrzała na uśmiechniętą Virgo, która trzymała w jednej dłoni parasol, a w drugiej wielką tabliczkę czekolady. Ewidentnie była bardzo dobrze przygotowana. Rozłożyła parasol idealnie, zanim pierwsza kropla deszczu spadła na długie, złote włosy dziewczyny. Obie ruszyły wolnym krokiem w stronę samochodu, zaparkowanego niedaleko placu zabaw. Gdy tylko wsiadły do pojazdu rozpoczął się potok słów ze strony Lucy, bo panowała zasada „co zostało powiedziane w samochodzie, zostaje w samochodzie”. Blondynka wyzwała chłopaka od najgorszych dupków, zagryzając przy tym orzechową czekoladę i wycierając łzy we własny rękaw.
Gdy Virgo zatrzymała się na podjeździe przed posiadłością, Lucy wyszła jak nowonarodzona. Mimo panującej na zewnątrz ulewy dziewczyna nie wzięła parasola i szła powolnym krokiem w stronę frontowych drzwi. Uśmiechnięta pociągnęła za klamkę i oślepił ją blask jasnych żarówek i białych płytek, odbijających światło.
- Panienko Lucy! Jesteś cała mokra! – krzyknęła pani  Spetto, którą dziewczyna traktowała bardziej jak własną babcię niż służącą. – Do wanny, ogrzać się! I to szybko!
Lucy nawet nie zdążyła zareagować, kiedy kobieta, choć starsza i niższa, zaczęła ją rozbierać prawie na korytarzu i popchnęła w stronę najbliższej łazienki.  Blondynka westchnęła i zaczęła drżeć. Niby jak miało jej pomóc stanie nago i czekanie, aż wanna będzie pełna? Odkręcając wodę złapała za biały ręcznik, którym okryła się, aby choć trochę się ogrzać przez ten czas.
Po skończonej kąpieli przyszedł czas na zwykły relaks. Jej wielki pokój wyglądał jak całe mieszkania niektórych jej znajomych. Cały pomalowany był w różowo-białe pasy. Wielkie okna, z ozdobnymi firanami związanymi po bokach, wpuszczały zazwyczaj do pokoju wystarczającą ilość światła. Mimo to, w centralnym punkcie jej sufitu przywieszony został ogromny żyrandol ze słodkimi diamencikami i różowymi wstążeczkami. Po jednej stronie znajdowała się wielka szafa oraz pomniejsze szuflady. Po drugiej jej imponujące biblioteczki książek oraz biurko z komputerem. Po środku stała wielka kanapa z małym stoliczkiem oraz dwoma, kolorystycznie pasującymi fotelami. Pod nimi znajdował się wielki, puchaty dywan. Kiedyś, gdy jeszcze zapraszała do domu znajome, uwielbiała siadać z nimi w tym miejscu, oglądać filmy, czytać książki czy po prostu jak to nastolatki, gadać o wszystkim i o niczym. Prawdziwa magia zaczynała się dopiero po lekkim spojrzeniu do góry, gdzie znajdowała się antresola ze schodkami do góry. Na górze było jej prawdziwe królestwo, zakryte jej ulubionymi roślinkami. Tam skrywała ulubione pluszaki, książki, stroje, a nawet przekąski, które Virgo znosiła jej w tajemnicy przed wszystkimi. Oczywiście nie można było zapomnieć o miękkim łóżku z baldachimem. Lucy uwielbiała takie duperele, uważała je za urocze. Zazwyczaj dziewczyna wieczorami spędzała czas na czytaniu zwykłej książki w łóżku, jednak dzisiaj postanowiła pooglądać w samotności komedie romantyczne. Z szafki obok wyciągnęła małego laptopa oraz paczkę ciasteczek.
 Lucy nawet nie wiedziała kiedy zleciało jej na rozrywce pół nocy. Spostrzegła, że za oknem jest już prawie jasno dopiero przy trzeciej paczce chusteczek.
- Cholera. – Zagryzła wargę i szybko przykryła się kołdrą. Zamknęła zmęczone i wilgotne od łez wzruszenia oczy starając się zasnąć. Nie czuła się zmęczona, wręcz przeciwnie, miała dużo energii i wierzyła, że rano wstanie bez żadnego problemu. Uśmiechnęła się pod nosem i mimo wszystko przytuliła mocniej dwumetrowego misia.

***


-Lucy? – zapytał Jellal, widząc przysypiającą dziewczynę na korytarzu, która niosła książki, prawdopodobnie w stronę biblioteki . Szurała stopami po podłodze, a jej głowa latała we wszystkie strony.
- Nie… nie zjadłam twojego arbuza, Virgo… - mruknęła cicho blondynka. Nagle stanęła w miejscu, mrugając oczami kilka razy. – Ty nie jesteś Virgo.
W tym samym momencie wszystkie jej książki upadły z hukiem na ziemie.
- Co zrobiłeeeś? - jęknęła, powoli schylając się po przedmioty.
- Ja? – zdziwił się. – Przecież to… Eh
Wzdychając chwycił dziewczynę za ramiona i ustawił ją do pozycji stojącej. Następnie sam pozbierał książki i spojrzał gniewnie na Lucy.
- Zaniosę to do biblioteki, a ty stań tu lub usiądź, jak wolisz. Niedługo wrócę.
- Dobrzee, kapitanie! – rzuciła z uśmiechem, a następnie zjechała po ścianie i usiadła na tyłku z podciągniętymi kolanami. Jellal zwątpił, gdy mijając jakieś dziewczyny usłyszał cichy chichot z ich strony. Spojrzał na Lucy, która prawdopodobnie zapomniała, że mundurek szkolny składa się przede wszystkim ze spódnicy. Chłopak wciągnął mocno powietrze do płuc i ruszył z powrotem w jej stronę. Jego ręce były zajęte, więc zdecydował się, aby delikatnie puknąć kolano dziewczyny nogą. Zrobił więc jak pomyślał, jednak razem z nogą poleciała roześmiana i śliniąca się blondynka.
W tym samym momencie zadzwonił dzwonek na lekcje. Zrezygnowany niebieskowłosy stał tak jeszcze chwilę nad dziewczyną, a następnie zostawił książki i postanowił zanieść ją do pielęgniarki, aby spokojnie mogła odpocząć.
- Ciężka jesteś – marudził.
- To ty jesteś słaby – warknęła cicho.
Jellal ściągnął groźnie brwi, a następnie gwałtownie otwierając drzwi pielęgniarki, prawie rzucił dziewczyną na łóżko, dodając przy tym głośne:
- Ups!
Starsza kobieta w lekarskim kitlu spojrzała z nieukrywanym zirytowaniem na wybryki nastolatków.
- Co wy tu wyrabiacie? – zapytała groźnie Porlyusica.
Jellal dopiero wtedy zorientował się, że kobieta jest w pomieszczeniu.
- My no… Koleżanka się źle czuje, dlatego jej pomogłem…
- Świetnie, więc czego tu jeszcze szukasz? – warknęła, a następnie chwyciła za stojącą w rogu miotłę. – Wynocha na lekcję albo ci pomogę.
Chłopak zbladł i już chciał uciec, gdyby nie czyjaś ręka trzymająca jego marynarkę. Odwrócił głowę i ujrzał słodko śpiącą twarz blondynki.
- Nie chce być sama – mruknęła.
Na twarz Jellala wkradł się delikatny rumieniec, nie był z Lucy jakoś bardzo blisko, po prostu znali się ze szkoły i samorządu. Szanował ją i uważał za jedną z lepszych dziewczyn w szkole, jednak ani trochę dla niego, zwykła koleżanka. W tym momencie widok takiej Lucy wywołał w nim dziwne uczucie, którego nie potrafił nazwać.
- Ja… nie… - wydukał.
- Po-wie-dzia-łam… PRECZ! – krzyknęła pielęgniarka, uderzając chłopaka w głowę. Jellal uciekł z pomieszczenia, a Lucy zsunęła się z łóżka. Porlyusica ciężko wypuściła powietrze.
- Dzieciaki, same z nimi problemy. Co ja tu w ogóle robię?

1 komentarz:

  1. Świetnie, nie mogę się doczekać dalszych części.
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń

Każdy komentarz motywuje mnie do dalszego pisania, dlatego śmiało! ^^