środa, 26 lipca 2017

[Alladyn] Część I

Człowiek nie jest stworzony do samotności


Poniedziałek okazał się dość ponurym dniem.
Nie było tak tylko z powodu okropnie wietrznej i nieciekawej pogody. Lucy kolejną godzinę spędziła stukając w wyświetlać telefonu i rozglądając się po swojej ulubionej kawiarni. Było to małe i przytulne miejsce. Białe ściany sprawiały, że wydawało się ono większe. Dzięki przyozdobieniu wieloma rodzajami jej ukochanych kwiatów czuła się bardzo swobodnie. Na zewnątrz znajdowała się jej ulubiona weranda z małymi, okrągłymi stoliczkami. Uwielbiała siedzieć na niej ze swoją ulubioną książką i popijać kawę na świeżym powietrzu. Zawsze wybierała akurat to miejsce na spotkania. Ludzie dobrze o tym wiedzieli i zdarzało się, że w potrzebie znajdowali ją właśnie tam.
Blondynka westchnęła. Niechętnie wstała z miejsca i pewnym krokiem ruszyła ku wyjściu. Jedną dłonią złapała za pasek swojej torebki, drugą zacisnęła w pięść. Wystawił ją. Ten palant po prostu ją wystawił. Wychodząc na zewnątrz zaczęła walkę z niesfornymi, długimi włosami, które ciągle rozwiewał wiatr. Gdy już udało jej się znaleźć za rogiem, gdzie wiatr był o wiele mniejszy, wyciągnęła swój telefon z torebki. Zdążyła napisać szybką wiadomość do chłopaka z którym miała się spotkać, a następnie wściekła wyciszyła dźwięk.
Kolejny raz wydawało jej się, że spotkała miłego chłopaka, a ostatecznie kończyło się jak zawsze. Ciszą. Lucy mogła iść o zakład, że i tym razem kontakt z chłopakiem zniknie, a w szkole będzie jej unikał.
Dziewczyna zsunęła torebkę z ramienia i bujając nią zaczęła lekko uderzać o ścianę budynku obok. Spoglądała na zachmurzone niebo, odzwierciedlało ono uczucia szalejące wewnątrz niej. Targało nią od złości, ale i  smutku. Naprawdę w tej chwili myślała tylko o tym, jakie życie jest dla niej niesprawiedliwe. Czy naprawdę w tym mieście nie było ani jednego normalnego chłopaka? Chyba jej jedyną nadzieją pozostawało studiowanie w innym mieście.
Znała te okolice bardzo dobrze, w końcu naprzeciwko znajdowała się jej szkoła. Ruszyła slalomem między paroma ciemnymi uliczkami, aż znalazła się na terenie wielkiego placu zabaw. Cały teren obsypany był piaskiem w którym uwielbiały się załatwiać dzikie koty. Na placu znajdowały się huśtawki, drabinki, różnego rodzaju sieci, po których można było się wspinać. Jednak najbardziej uwielbianą przez dziewczynę rzeczą była wielka rakieta w samym centrum.
Jakimś cudem dziewczyna wślizgnęła się do środka. Czasami jej krągłości, które tak lubiła, stawały się męczące. Fakt faktem miała już siedemnaście lat, więc nie powinna narzekać, że małe przejścia w domkach dla dzieci nie pasują do jej wymiarów.
Usiadła, podciągając kolana pod brodę. Rakieta była spora, pomieściłaby w sobie z pięć dorosłych osób. Na jej ściankach znajdowały się małe okrągłe okienka poustawiane na różnych wysokościach. Szkiełka były różnokolorowe, przez co gdy świeciło słońce można było poczuć się jak w magicznym miejscu. Lucy nie przyszła jednak z tego powodu.
Dziewczyna odgarniając potargane włosy z czoła spojrzała w górę. Czubek rakiety był złotą półkulą na której postanowiono otworzyć kilka konstelacji. Za dnia nikt tego nie zauważał, lecz przy szarym niebie lub ciemną nocą, złote gwiazdki zaczynały pokazywać swoje piękno. Lucy kiedyś sprawdzała w Internecie wszystkie z konstelacji, jednak rozpoznała tylko trzy z czterech. Waga, skorpion i strzelec. Tajemniczy zbiór gwiazd zawsze ją fascynował.
Mimo, że miejsce to odwiedzane było i znane przez wiele dzieci, Lucy czuła, że to taka jej samotnia w której może spokojnie posiedzieć i odzyskać siły. W wielkim domu, gdzie na każdym kroku była obserwowana i zagadywana przez służbę ojca, miała czasami po prostu dość i myślała, że oszaleje. Kochała ludzi, uwielbiała ich poznawać oraz z nimi przebywać, pracowników w domu traktowała jak własną rodzinę, jednak tego wszystkiego było już za dużo. Czasami chciałaby mieć mały domek z kochającą się rodziną, która spotyka się codziennie przy wspólnie gotowanym obiedzie.
Bez świadków, bez ochrony, bez wymyślnych dań, bez tego wszystkiego.
Po prostu, rodzinnie.
Niestety kiedy tylko jej ojciec został awansowany na wysokie stanowisko polityczne wszystko się zmieniło. Nie widziała go już tak często, zawsze był zamknięty w swoim biurze i tylko czasem wychodził przez korytarz na balkon, aby zapalić papierosa. Chociaż nawet wtedy nie pozwalał do siebie podchodzić, widocznie tak samo jak ona starał się znaleźć choć jedno miejsce dla siebie.
A jej matka? Umierała. Każdego dnia leżała samotnie w szpitalu, walcząc w śpiączce o życie. Lucy nie była w stanie jej odwiedzić, wstydziła się. To wszystko było jej winą. Gdyby pewnego dnia nie wyrwała się matce z pod szkoły i nie wybiegła na ulice, może jej rodzicielka nie rzuciłaby się na ulice, aby jej pomóc.
Lucy uderzyła się lekko w twarz. Nie chciała o tym teraz myśleć. Chciała poczuć pustkę, niczym się nie zadręczać. Powoli zamknęła wilgotne od słonych łez oczy i położyła głowę na kolanach. Cicho westchnęła, co wywołało jej cichy i niezamierzony szloch.
Płakała cicho, choć wiedziała, że i tak nikt jej tu nie znajdzie i nie usłyszy. Była samotna jak nigdy, często tego pragnęła. W tym momencie jednak chciała, żeby ktoś po prostu podszedł i mocno ją przytulił. Bez słowa, bez żadnego tłumaczenia i współczucia, chciała poczuć ciepło drugiej osoby i wiedzieć, że może na kogoś liczyć, że ktoś zawsze będzie obok.
Niestety poszukiwania bratniej duszy szły jej kiepsko. Każdy chłopak, którego spotykała, kończył znajomość tuż zanim dochodziło do pierwszego spotkania. Levy, jej jedyna prawdziwa przyjaciółka, miała teraz gorsze chwile i często znikała, powoli traciły kontakt. Czasami miała wrażenie, że gdy tylko Levy o niej całkowicie zapomni to naprawdę zostanie zupełnie sama.
Nagle usłyszała cichą wibracje z dna torebki. Podniosła głowę z kolan, pociągnęła nosem i wyciągnęła dłoń po telefon. Dzwoniła Virgo, jej pokojówka, która była najmłodsza z całej jej służby, gdyż miała ledwo dwadzieścia lat.
- Halo? – zapytała, pociągając nosem po raz kolejny.
- Przeziębiłaś się, księżniczko? Mówiłam, że pogoda nie sprzyja.
- Nie, nic mi nie jest – westchnęła.
Virgo zamilkła na chwilę.
- To, że kolejny księżniczki nie chciał…
- NIE PŁACZE PRZEZ CHŁOPAKA! – krzyknęła, robiąc się cała czerwona na twarzy.
- Ah tak – odparła chłodno pokojówka. – Zbiera się na deszcz, więc podjadę po ciebie.
- Nie mówisz, sama dam sobie radę.
- Za późno. – Lucy usłyszała pukanie nad jej głową. – Już jestem.
Zdziwiona dziewczyna przecisnęła się po raz kolejny przez małe wejście rakiety i spojrzała na uśmiechniętą Virgo, która trzymała w jednej dłoni parasol, a w drugiej wielką tabliczkę czekolady. Ewidentnie była bardzo dobrze przygotowana. Rozłożyła parasol idealnie, zanim pierwsza kropla deszczu spadła na długie, złote włosy dziewczyny. Obie ruszyły wolnym krokiem w stronę samochodu, zaparkowanego niedaleko placu zabaw. Gdy tylko wsiadły do pojazdu rozpoczął się potok słów ze strony Lucy, bo panowała zasada „co zostało powiedziane w samochodzie, zostaje w samochodzie”. Blondynka wyzwała chłopaka od najgorszych dupków, zagryzając przy tym orzechową czekoladę i wycierając łzy we własny rękaw.
Gdy Virgo zatrzymała się na podjeździe przed posiadłością, Lucy wyszła jak nowonarodzona. Mimo panującej na zewnątrz ulewy dziewczyna nie wzięła parasola i szła powolnym krokiem w stronę frontowych drzwi. Uśmiechnięta pociągnęła za klamkę i oślepił ją blask jasnych żarówek i białych płytek, odbijających światło.
- Panienko Lucy! Jesteś cała mokra! – krzyknęła pani  Spetto, którą dziewczyna traktowała bardziej jak własną babcię niż służącą. – Do wanny, ogrzać się! I to szybko!
Lucy nawet nie zdążyła zareagować, kiedy kobieta, choć starsza i niższa, zaczęła ją rozbierać prawie na korytarzu i popchnęła w stronę najbliższej łazienki.  Blondynka westchnęła i zaczęła drżeć. Niby jak miało jej pomóc stanie nago i czekanie, aż wanna będzie pełna? Odkręcając wodę złapała za biały ręcznik, którym okryła się, aby choć trochę się ogrzać przez ten czas.
Po skończonej kąpieli przyszedł czas na zwykły relaks. Jej wielki pokój wyglądał jak całe mieszkania niektórych jej znajomych. Cały pomalowany był w różowo-białe pasy. Wielkie okna, z ozdobnymi firanami związanymi po bokach, wpuszczały zazwyczaj do pokoju wystarczającą ilość światła. Mimo to, w centralnym punkcie jej sufitu przywieszony został ogromny żyrandol ze słodkimi diamencikami i różowymi wstążeczkami. Po jednej stronie znajdowała się wielka szafa oraz pomniejsze szuflady. Po drugiej jej imponujące biblioteczki książek oraz biurko z komputerem. Po środku stała wielka kanapa z małym stoliczkiem oraz dwoma, kolorystycznie pasującymi fotelami. Pod nimi znajdował się wielki, puchaty dywan. Kiedyś, gdy jeszcze zapraszała do domu znajome, uwielbiała siadać z nimi w tym miejscu, oglądać filmy, czytać książki czy po prostu jak to nastolatki, gadać o wszystkim i o niczym. Prawdziwa magia zaczynała się dopiero po lekkim spojrzeniu do góry, gdzie znajdowała się antresola ze schodkami do góry. Na górze było jej prawdziwe królestwo, zakryte jej ulubionymi roślinkami. Tam skrywała ulubione pluszaki, książki, stroje, a nawet przekąski, które Virgo znosiła jej w tajemnicy przed wszystkimi. Oczywiście nie można było zapomnieć o miękkim łóżku z baldachimem. Lucy uwielbiała takie duperele, uważała je za urocze. Zazwyczaj dziewczyna wieczorami spędzała czas na czytaniu zwykłej książki w łóżku, jednak dzisiaj postanowiła pooglądać w samotności komedie romantyczne. Z szafki obok wyciągnęła małego laptopa oraz paczkę ciasteczek.
 Lucy nawet nie wiedziała kiedy zleciało jej na rozrywce pół nocy. Spostrzegła, że za oknem jest już prawie jasno dopiero przy trzeciej paczce chusteczek.
- Cholera. – Zagryzła wargę i szybko przykryła się kołdrą. Zamknęła zmęczone i wilgotne od łez wzruszenia oczy starając się zasnąć. Nie czuła się zmęczona, wręcz przeciwnie, miała dużo energii i wierzyła, że rano wstanie bez żadnego problemu. Uśmiechnęła się pod nosem i mimo wszystko przytuliła mocniej dwumetrowego misia.

***


-Lucy? – zapytał Jellal, widząc przysypiającą dziewczynę na korytarzu, która niosła książki, prawdopodobnie w stronę biblioteki . Szurała stopami po podłodze, a jej głowa latała we wszystkie strony.
- Nie… nie zjadłam twojego arbuza, Virgo… - mruknęła cicho blondynka. Nagle stanęła w miejscu, mrugając oczami kilka razy. – Ty nie jesteś Virgo.
W tym samym momencie wszystkie jej książki upadły z hukiem na ziemie.
- Co zrobiłeeeś? - jęknęła, powoli schylając się po przedmioty.
- Ja? – zdziwił się. – Przecież to… Eh
Wzdychając chwycił dziewczynę za ramiona i ustawił ją do pozycji stojącej. Następnie sam pozbierał książki i spojrzał gniewnie na Lucy.
- Zaniosę to do biblioteki, a ty stań tu lub usiądź, jak wolisz. Niedługo wrócę.
- Dobrzee, kapitanie! – rzuciła z uśmiechem, a następnie zjechała po ścianie i usiadła na tyłku z podciągniętymi kolanami. Jellal zwątpił, gdy mijając jakieś dziewczyny usłyszał cichy chichot z ich strony. Spojrzał na Lucy, która prawdopodobnie zapomniała, że mundurek szkolny składa się przede wszystkim ze spódnicy. Chłopak wciągnął mocno powietrze do płuc i ruszył z powrotem w jej stronę. Jego ręce były zajęte, więc zdecydował się, aby delikatnie puknąć kolano dziewczyny nogą. Zrobił więc jak pomyślał, jednak razem z nogą poleciała roześmiana i śliniąca się blondynka.
W tym samym momencie zadzwonił dzwonek na lekcje. Zrezygnowany niebieskowłosy stał tak jeszcze chwilę nad dziewczyną, a następnie zostawił książki i postanowił zanieść ją do pielęgniarki, aby spokojnie mogła odpocząć.
- Ciężka jesteś – marudził.
- To ty jesteś słaby – warknęła cicho.
Jellal ściągnął groźnie brwi, a następnie gwałtownie otwierając drzwi pielęgniarki, prawie rzucił dziewczyną na łóżko, dodając przy tym głośne:
- Ups!
Starsza kobieta w lekarskim kitlu spojrzała z nieukrywanym zirytowaniem na wybryki nastolatków.
- Co wy tu wyrabiacie? – zapytała groźnie Porlyusica.
Jellal dopiero wtedy zorientował się, że kobieta jest w pomieszczeniu.
- My no… Koleżanka się źle czuje, dlatego jej pomogłem…
- Świetnie, więc czego tu jeszcze szukasz? – warknęła, a następnie chwyciła za stojącą w rogu miotłę. – Wynocha na lekcję albo ci pomogę.
Chłopak zbladł i już chciał uciec, gdyby nie czyjaś ręka trzymająca jego marynarkę. Odwrócił głowę i ujrzał słodko śpiącą twarz blondynki.
- Nie chce być sama – mruknęła.
Na twarz Jellala wkradł się delikatny rumieniec, nie był z Lucy jakoś bardzo blisko, po prostu znali się ze szkoły i samorządu. Szanował ją i uważał za jedną z lepszych dziewczyn w szkole, jednak ani trochę dla niego, zwykła koleżanka. W tym momencie widok takiej Lucy wywołał w nim dziwne uczucie, którego nie potrafił nazwać.
- Ja… nie… - wydukał.
- Po-wie-dzia-łam… PRECZ! – krzyknęła pielęgniarka, uderzając chłopaka w głowę. Jellal uciekł z pomieszczenia, a Lucy zsunęła się z łóżka. Porlyusica ciężko wypuściła powietrze.
- Dzieciaki, same z nimi problemy. Co ja tu w ogóle robię?

sobota, 8 lipca 2017

[Mała Syrenka] Część I

Własna bezsilność pomaga przygarniać cudze słabości


Ciemne uliczki Magnolii nie były niczym przyjemnym. Wąskie, mroczne i zdecydowanie mało widoczne. Dla zwykłych mieszkańców stanowiły miejsca, które starali się omijać szerokim łukiem. Dla niektórych były one jednak idealnymi miejscami spotkań.
Młody chłopak średniego wzrostu powoli rozejrzał się na wszystkie strony, a następnie naciągnął na głowę kaptur swojej szarej bluzy. Powoli wkroczył w jeden z ciemnych zaułków. Do jego nozdrzy wdarł się specyficzny odór śmierdzących ludzi upojonych alkoholem. Zasłonił swój wrażliwy nos naciągniętym na dłoń ubraniem i kroczył dalej przed siebie. Nie był fanem tego miejsca, wręcz przeciwnie, gdyby tylko mógł, zapomniałby o nim jak najszybciej. Niestety, nie istniała taka możliwość.
Przechadzając się pomiędzy żebrakami, którzy usilnie próbowali go zatrzymać, łapiąc za spodnie lub kawałki bluzy, nie zauważył idącego w jego kierunku mężczyzny. Zderzenie między nimi było lekkie, prawie nieodczuwalne, jednak ze strony chłopaka nie zostały wypowiedziane żadne przeprosiny, co okazało się być jego zgubą.
Wysoki mężczyzna o dzikich blond włosach złapał za ramię chudego dzieciaka i cisnął nim o ścianę. Jego groźny wzrok paraliżował ciało przerażonego chłopaka. Przeciwnik zmierzył go od góry do dołu, po czym parsknął śmiechem.
- Co sprowadza tu takie wyliniałe truchło twojego pokroju? – syknął ochrypłym głosem, w którym dało się wyczuć wielką pogardę.
Młody chłopak odgarnął drżącą dłonią rudą grzywę zasłaniającą twarz.
- Naprawdę nie szukam zaczepki – odparł, starając się unikać kontaktu wzrokowego z przeciwnikiem. Jego wzrok krążył po kamiennych ścianach oraz stojących wszędzie skrzyniach bezdomnych, którzy przechowywali w nich swoje rzeczy lub pozostałości.
- Wchodzisz na ten rejon, nie szukasz zaczepki, ale nie znasz zasad tego miejsca? Żarty sobie robisz, gówniarzu?! – warknął mężczyzna, uderzając żylastą pięścią w ścianę niebezpiecznie blisko głowy chłopaka, z którego wydobył się niechciany pisk.
- Ja wiem! Znam zasady! Przepraszam! – błagał przerażony, a jego serce przyśpieszało z każdą kolejną sekundą niepewnej ciszy.
Po chwili mężczyzna lekko odsunął się od rudowłosego, który odetchnął z nieukrywaną ulgą. Kiedy już ten chciał odejść, usłyszał dziwny szelest za plecami. Odwrócił się, a przed oczami widział już tylko wielką pięść niebezpiecznie pędzącą w kierunku jego twarzy. Odruchowo zacisnął powieki.
- Starczy! – warknął kolejny głos, tuż zza pleców chłopaka. – On jest ze mną.
Przerażony chłopak nie musiał się nawet odwracać, aby wiedzieć, kim jest jego wybawiciel. Zrobił to jednak tylko dlatego, aby uciec od napastnika i schować się za respektowanym towarzyszem.
- Gray, stary, nie wiem, jak ci… - urwał, widząc jego chłodne spojrzenie, które dosłownie zmroziło mu krew w żyłach. W ciszy ruszył dalej, licząc, że czarnowłosy przyjaciel podąży za nim.
Było właśnie tak, jak się spodziewał. Gray po wymienieniu kilku spojrzeń z masywnym mężczyzną odwrócił się na pięcie i ruszył w kierunku rudowłosego.
- Ja pierdolę – rzucił obcy, wkładając do ust papierosa. – Z tych melin robi się jakieś popierdolone przedszkole.
Po czym ruszył przed siebie, otoczony kłębami tytoniowego dymu.
W tym samym czasie Gray dołączył do przerażonego spotkaniem z nieznajomym przyjaciela.
- Mówiłem, że nie chcę cię tu widzieć, Loke – warknął.
Rudowłosy po poprawieniu pogniecionych ubrań i otrzepaniu ich z naściennych brudów spojrzał na czarnowłosego nieprzychylnym wzrokiem.
- Też miło mi cię widzieć, drogi przyjacielu – odparł sarkastycznym tonem. - Szkoda tylko, że od kiedy przyjechałem do Magnolii, nie mogłem cię znaleźć w żaden inny sposób. Używasz ty czasem telefonu?!
- Czasem. – Wzruszył ramionami.
- Dzwonienie do dilerów to nie ten rodzaj używania, o jaki mi chodziło.
Gray zawiesił na nim wzrok, trwało to dosłownie kilka sekund.
- No to nie używam.
- Cholera, Gray!  Czy tobie naprawdę podoba się takie życie? Co na to twoja matka? Taka miła kobieta…
- Właśnie dlatego w tym siedzę. Odkąd ten chuj, znany szerzej jako mój ojciec, nas zostawił, mama się kompletnie załamała. Potrzebuje szybkiej i łatwej kasy, takie miejsce jak to jest do tego idealne – powiedział, sięgając do kieszeni spodni. Wyciągnął z niej paczkę fajek i przeklął pod nosem, gdy okazało się, że została już tylko jedna.
Loke w tym czasie siedział cicho. Jego czarne tęczówki spoglądały na bladą twarz przyjaciela i szukały w nich tego samego, otwartego i szczęśliwego chłopaka, z którym się przyjaźnił i którego zapamiętał. Wyjechał rok temu za granicę, jednak mimo wszystko starał się utrzymywać kontakt ze starymi przyjaciółmi w każdy możliwy sposób. Mimo że on i Gray byli kiedyś prawie jak bracia, kontaktowanie się z nim na odległość graniczyło z cudem, przez co ich relacje osłabły. Loke wiedział o sytuacji chłopaka, lecz nie sądził, że to aż tak na niego wpłynęło. W końcu były takie a nie inne czasy, rozpady w rodzinach się zdarzały, on sam nie miał rodziców blisko siebie. Ojciec rudowłosego po śmierci jego matki za młodu był przez długi czas sam, jednak gdy tylko spotkał nową kobietę, postanowił przeprowadzić się do niej od razu wraz z synem. Szybka decyzja okazała się być jednak wielkim błędem, bo nowa wybranka po owym roku pokazała swoje prawdziwe oblicze, a Loke i jego ojciec wrócili do Magnolii.
- Chodźmy stąd – rzucił nagle Gray. – Nie chcę, żebyś się staczał przez to miejsce jak ja. Poza tym muszę i tak iść kupić fajki, bo nie wytrzymam.
Po czym ruszył przed siebie. Zdezorientowany Loke zaczął kroczyć za nim z niezadowoloną miną.
- Kiedyś gardziłeś papierosami i mówiłeś, że nigdy w to nie wejdziesz.
- Wieloma rzeczami gardziłem i mówiłem, że w nie nigdy nie wejdę. Spójrz, jakie to życie ironiczne – odparł z pustym uśmiechem, wypuszczając przy tym toksyczny dym.
Wyszli z ciemnej uliczki i zaczęli iść przed siebie, żadne z nich prawdę mówiąc nie wiedziało, w jakim kierunku zmierza. Po prostu szli. W głębokiej ciszy.
Mały ruch w tym rejonie ułatwiał poruszanie się i wchodzenie w melancholijny stan. Loke, widząc twarz przyjaciela, która nie wyrażała wielu emocji, czuł wewnątrz wielką potrzebę pomocy, jednak z wielu pomysłów większość odrzucał, znając temperament obojętnego chłopaka.
- Gray… - zaczął w końcu, przełamując niezręczną ciszę między nimi.
Zamknął usta natychmiast, kiedy po raz kolejny został obdarzony tym chłodnym i przerażająco martwym wzrokiem.
- Nie wtrącaj się w nie swoje sprawy. Tym bardziej, kiedy zostawiłeś swojego przyjaciela na rok akurat wtedy, kiedy najbardziej cię potrzebował – syknął.
Loke poczuł, jak coś się w nim gotuje. To był gniew.
- Zostawiłem cię? Chciałem tylko być wsparciem dla mojego ojca, a dodatkowo to była dla mnie szansa na naukę języka, z którego dobrze wiesz, że jestem beznadziejny. Nie bądź egoistą, Gray, bo dobrze wiemy, że twoi rodzice rozstali się raptem kilka miesięcy temu. To ja powinienem być na ciebie wkurwiony. Przyjechałem po ROKU! I przez dobre dwa miesiące nie mogłem cię nigdzie znaleźć, bo wolałeś biegać po melinach!
- Nic nie rozumiesz. Zostaw mnie – warknął.
- Gray... – Złapał go za ramię. – Naprawdę mi zależy na naszej przyjaźni, nie odsuwaj się ode mnie, kiedy chcę ci pomóc.
- Pomożesz mi, nie wtrącając się w to wszystko.
Loke mimo wszystko szedł za nim jeszcze kawałek, aż w końcu zrezygnował, widząc, że czarnowłosy uparcie go ignoruje. Postanowił spróbować innym razem i ruszył w swoją drogę, pozostawiając przyjaciela samego.
Gray w tym czasie włóczył się po mieście jeszcze przez wiele godzin. Chłopak nawet nie zauważył, kiedy piękne słońce zostało przysłonięte ponurymi chmurami. Z nowo nabytą paczką papierosów w pobliskim sklepiku zatrzymał się pod jednym z wielu przydrożnych drzew. Zaciągając się, spoglądał na wysokie bloki miasta, które rozbudowywało się w zastraszającym tempie. Mimo jego wielkości i popularności miało też wiele mrocznych tajemnic. Gray był bardzo zżyty z Magnolią, przeżył w niej wiele i zmieniał się tak samo, jak i miasto. Żałował, że nikt jego zdaniem nie był w stanie go zrozumieć. Tak naprawdę nigdy nie był wściekły na rudowłosego przyjaciela, wręcz przeciwnie, był mu wdzięczny za troskę i fakt, że mimo wszystko o nim nie zapomniał. Gray był jak Magnolia, miał wiele tajemnic. Musiał sprawić, by Loke zrezygnował z pomocy, w innym przypadku skończyłby jak on, wplątany w to wszystko. Dzisiejsza sytuacja była dla niego wystarczającym dowodem na to, że nikt nie może mu pomóc.
Gray zanurzył wolną dłoń w kruczoczarnych włosach. Obwiniał się za to, że Loke za nim podążył aż do takiego miejsca i z jego winy przyjaciel mógł ucierpieć. Czuł ogarniający go wstyd, ale i bezsilność. Był w tym wszystkim sam, brakowało mu kogoś, aby go wspierał, rozumiał, jednocześnie nie mógł myśleć tak egoistycznie i wolał wszystkich odrzucać, aby sytuacje takie jak te nie miały miejsca. Gray powoli nie wiedział, co ma dalej robić.
Nagle usłyszał dźwięk telefonu. Rzucił papierosa na ziemię, nawet go nie gasząc i sięgnął do kieszeni spodni. Spojrzał na wyświetlacz i ciężko westchnął.
- Czego? – rzucił.
- Jesteś potrzebny – oznajmił znany chłopakowi męski głos.
- Gdzie i po co?
- Opuszczona fabryka. Musimy pozbyć się śmieci.
Gray zamarł bez ruchu, a po chwili zmarszczył groźnie brwi.
- Powiedziałem już, że nie biorę w tym udziału. To chore.
- Kurwa, czy ja pytam o twoje zdanie? Mówię, że masz być, to ruszaj tyłek do roboty.
- Erik! – krzyknął, lecz znajomy zdążył się już rozłączyć. – Kurwa.
Gray schował telefon do kieszeni spodni, a następnie przejechał dłońmi po twarzy. Niechętnym krokiem ruszył w stronę niesławnej, opuszczonej fabryki. Tak naprawdę nikt nie wiedział, z jakiego powodu została ona opuszczona, jednak można było się domyślać, że była to bardzo zła lokalizacja, w której dochodziło do częstych kradzieży oraz napadów, przez co firma każdy zysk przeznaczała na walkę z napastnikami. Ostatecznie zrezygnowali, a budynek został nieoficjalnie przejęty.
„Sprzątanie śmieci” w żaden sposób nie wiązało się z niczym przyjemnym. Gdy Gray pierwszy raz został wprowadzony do tego świata, była to jego pierwsza praca. Zdziwił go tak duży zarobek za zwykłą pomoc przy „śmieciach”. W rzeczywistości polegało to na segregacji, jednak nie odpadów, a ludzi. Dłużników, których można było wykorzystać w różnych celach, ludzi bardziej znanych, których porwano dla zysków, kobiety... do oczywistych celów. Gray brzydził się tym wszystkim, a nawet bał się; to była jedna z niebezpieczniejszych prac, jakie mógł dostać. Nie tylko przez duży kontakt z nieprzewidywalnymi i przerażonymi ludźmi, ale też i przez możliwość łatwego przyłapania.
Zamyślony kroczył niedługo, zanim doszedł do tego miejsca. Założył kaptur na głowę i lekko otworzył wielką bramę, która niby była zamknięta przez owinięty łańcuch, jednak przez lekkie rozsunięcie Gray mógł spokojnie wślizgnąć się do środka. Przeszedł kawałek drogi, aż w końcu zauważył zgaszoną furgonetkę, a przy niej spokojnie opierającego się Erika.
- Nawet mnie nie wkurwiaj – rzucił czerwonowłosy, wręczając chłopakowi przy okazji chustę, aby zasłonił swoją twarz.
- Mówiłem, że nie chcę już tej roboty – westchnął, przyjmując podarunek.
- A ja mówiłem, że mnie to nie obchodzi. Każdy musi to robić choć raz od czasu do czasu i uwierz mi, nikt nie jest z tego powodu zadowolony.
- Cóż, jest jedna osoba.
Erik dobrze wiedział, o kogo chodzi, bo aż wzdrygnął się na samą myśl.
- Seilah? Ta psychopatka? Młody, aby tego nie usłyszała. – Parsknął śmiechem. – No cóż, koniec żartów, robota cię nie ominie.
Gray westchnął, a Erik otworzył furgonetkę. Ku zaskoczeniu obu mężczyzn w środku znajdowało się tylko kilka dziewcząt. Siedziały one cicho i spokojnie, gdyż ich usta były zaklejone taśmą, a nadgarstki związane za ich plecami mocną liną, która uniemożliwiała ruch.
- Cóż, pierwszy raz dość przyjemna robota, przynajmniej nie trzeba się męczyć z ćpunami – oznajmił Erik, wchodząc do środka.
Gray jedynie kiwnął głową, wolał się nie odzywać, a nawet nie patrzyć na dziewczyny. Było mu ich szkoda, bo dobrze wiedział, co je czeka rano. Kolejna podróż w nieznane.
Erik powoli wyprowadzał jedną z nich, a w tym samym momencie czarnowłosy stał i pilnował, aby reszta nigdzie nie uciekła. Czuł się niezręcznie, każda z nich obserwowała go, wbijając w niego spojrzenie pełne nienawiści. Nie dziwił się, w końcu to on teraz był ich oprawcą.
Niechętnie odwrócił się w ich stronę. Nagle w rogu zauważył skuloną, ledwo widoczną dziewczynę. Wyróżniała się niecodziennym, różowym kolorem włosów oraz faktem, że jako jedyna miała pusty wzrok skierowany na własne, bose nogi, a nie na Graya. Dziewczyna zaintrygowała go.
Erik powoli wykonywał swoją pracę, aż ostatnia została różowowłosa nieznajoma.
- Weź ją, a ja przestawię gdzieś auto – rzucił mężczyzna.
Gray posłusznie podszedł do skulonej dziewczyny i delikatnie złapał ją za ramię. Beż żadnych oporów wstała i posłusznie podążała tam, gdzie prowadził ją czarnowłosy. Chłopak nie wiedział czemu, ale miał wielką potrzebę porozmawiać z porwaną. Nie wyglądała ona jak reszta, nie wydawała się być zgarniętą z ulicy prostytutką, o której nikt nie będzie pamiętał lub laską, która lecąc na hajs, wyrwała nie tego typa, co trzeba. Mimo pustego wzroku nie wyglądała też na żadną ćpunkę. W jej oczach dało się wyczytać jakąś historię, było jej zupełnie wszystko obojętne.
Wkroczyli do wielkiej hali. Jedyne okna były wysoko u góry, nad metalowym rusztowaniem, na którym pociągnięte zostały kable, aby wiszące lampy w postaci kilku żarówek dawały małe światło. Wszędzie walały się skrzynie z pozostałościami po budowie lub stojaki z narzędziami. Do metalowych podpór, które podtrzymywały całą konstrukcję, przywiązane były dziewczyny.
Gray nie musiał jej nawet przywiązywać do wolnego słupa, po prostu posadził ją obok siebie przy skrzyni, na której usiadł. Po krótkiej chwili dołączył do nich Erik, który nie ukrywał niezadowolenia. Rzucił swój plecak pod jedną ze ścian i odwrócił się w stronę chłopaka.
- Czemu nie jest związana? – zapytał.
- Czy ona ci wygląda na taką, która ma ochotę uciec? Trzymałem ją lekko, gdyby chciała, mogłaby swobodnie się wyrwać i zacząć biec - oznajmił.
- I tak daleko by nie uciekła, wszędzie jest las, a ona nie ma nawet butów. Dobrze wie, że gdyby się wyrwała, to najpewniej byś ją złapał i tak.
- Więc w czym problem? – warknął Gray.
Erik już nic nie powiedział na ten temat i pozwolił dziewczynie siedzieć w spokoju.
- Ile mamy tym razem ich pilnować?
- Nie mam pojęcia, zależy, kiedy szef zadzwoni.
Gray nagle zaczął się cieszyć, że zaczęły się wakacje. Nie wiedział, co by zrobił, gdyby miał spędzić całą noc z porwanymi dziewczynami i za dnia iść do szkoły półprzytomny, a dodatkowo udawać, że wszystko jest w porządku.
Po pierwszej godzinie siedzenia chłopak podczas przeglądania telefonu poczuł, jak ssie go w środku z głodu. Odłożył zabawkę i, łapiąc się za brzuch, spojrzał na Erika.
- Masz coś do żarcia? – zapytał, choć wątpił.
Erik ku zaskoczeniu Graya sięgnął po swój plecak i rzucił w niego zapakowanymi kanapkami. Chłopak spojrzał podejrzliwie na znajomego.
- Zmieniłeś się w jakąś mamusię czy jak?
- Ocipiałeś?! – krzyknął, a następnie odwrócił zawstydzony wzrok. – Moja narzeczona myśli, że ciężko pracuje na nocnych zmianach i źle się odżywiam.
- Ty masz narzeczoną? – zdziwił się, biorąc do ust kawałek chleba.
Erik westchnął.
- Ta, jestem z nią już długo i robię tu, odkąd pamiętam. Myślałem, że w końcu mi przejdzie i nie będę jej musiał o niczym mówić, jednak zrobiło się poważniej i zastanawiam się nad rzuceniem tego całego syfu. Jak mam być kochającym mężem, kiedy tak naprawdę nie mogę jej zapewnić bezpieczeństwa u mojego boku?
Gray zamilkł, a cały jego apetyt odszedł jednej chwili. Więc nie tylko on myślał w ten sposób o ich „pracy”. Postanowił zostawić jedzenie na później i powrócić do dalszego nudzenia się.
Po kolejnej godzinie większość dziewcząt wraz z siedzącym pod ścianą Erikiem postanowiła uciąć sobie krótką drzemkę. Czarnowłosy kątem oka spojrzał na różowowłosą, która ani trochę nie wyglądała na zmęczoną. Jedyne, co się zmieniło w jej pozie, to fakt, że głowę oparła o skrzynię na której siedział.
- Hej… - zaczął cicho.
Dziewczyna skierowała na niego swoje czerwone tęczówki.
- Jesteś może głodna czy coś? – zapytał, jednak w odpowiedzi dostał tylko wzruszenie ramionami.
- Słuchaj, nie pasujesz mi tu. Pozwól sobie pomóc chociaż trochę.
Nieznajoma podniosła wyżej głowę i poruszyła ustami, na które naklejona była taśma. Gray, wahając się, zaczął ją powoli i bezszelestnie zrywać. Następnie sięgnął po kanapkę, którą podał do jej ust. Dziewczyna wpatrywała się w nią kilka chwil, dopóki z jej brzucha nie rozbrzmiało głośne burknięcie. Rzuciła się na nią jak zwierzę i prawie nie odgryzła chłopakowi palców.
- No dobrze – westchnął. - A teraz możesz ze mną porozmawiać?
Dziewczyna ściągnęła brwi i kiwnęła przecząco głową.
- Dlaczego? Przecież widzę, że nie jesteś jak one. Nie zasłużyłaś, aby tu być.
Nieznajoma parsknęła.
- A one zasłużyły? Czym? – syknęła.
- To w większości prostytutki lub szmaty, więc…
- To nie jest wcale powód, aby były tak traktowane.
Gray wciągnął głośno powietrze w płuca.
-          Może zacznijmy od początku. Jak masz na imię?
- Potrzebujesz mojego imienia, żeby mi pomóc? Po prostu mnie rozwiąż i pozwól sobie iść.
- Nie mogę tego zrobić w ten sposób, poza tym jesteś boso, a to opuszczona fabryka, daleko nie zajdziesz z rozwalonymi stopami od jakiegoś szkła czy innego gówna.
Różowowłosa wywróciła oczami i oparła się znowu głową o skrzynię. Gray spoglądał na nią kątem oka, jednak widząc, że ta go ignoruje, postanowił zamknąć na moment oczy.
- Mam na imię Meredy – zaczęła. – Tak naprawdę nie wiem, co się stało, zostałam wystawiona przez chłopaka i znalazłam się tutaj.
- Rozumiem – mruknął pod nosem. – Ktoś wie, że wyszłaś?
- Kuzynka. Przyjechałam do niej na wakacje i razem wyszłyśmy, jednak obraziła się na mnie, gdy dowiedziała się, że tak naprawdę przyjechałam do chłopaka, którego poznałam przez neta. No i zostawiła mnie, pewnie myśli teraz, że z nim jestem i spędzam miło czas.
Gray kiwnął głową. Zszedł ze skrzyni i kucnął przed dziewczyną.
- Posłuchaj. Postaram się wyciągnąć cię z tego, tylko błagam, współpracuj ze mną.
Nagle drgnął, gdy tylko poczuł na swoim ramieniu mocny uścisk. Odwrócił przerażoną głowę i zauważył nad sobą wściekłego Erika.
- Tak myślałem, że to się tak skończy – warknął i zamachnął się pięścią.
Gray nie zdążył zareagować w żaden sposób. Odrzucony upadł na ziemię z rozwalonym nosem. Meredy wpatrywała się w tę sytuację przerażonym wzrokiem. Erik bardzo ją przestraszył, skuliła się więc jeszcze bardziej, wręcz wchodząc w ścianę, przy której siedziała.
- Pojebało cię… stary? – warknął ogłuszony z bólu chłopak.
- Ostatnie, czego chcę, to mieć przejebane u szefa, bo jakiemuś dzieciakowi zachciało się bawić w bohatera. Klient chciał sześć lasek i tyle dostanie – powiedział gniewnie, zostawiając kulącego się z bólu Graya na podłodze.
Czarnowłosy rozwiązał chustę na jego twarzy i przyłożył ją do nosa, aby zatamować krwotok. Meredy zrobiła wielkie oczy, widząc, kim chłopak naprawdę jest.
- O mój boże, to ty… nie spodziewałam się – wydusiła z siebie, wyglądała na wyraźnie zaskoczoną.
- Zamknij się. Gray, gdzie dałeś tę taśmę? – zapytał podenerwowany Erik. Nagle wszyscy usłyszeli dziwne głosy i dźwięki na zewnątrz. Czerwonowłosy zaintrygowany powoli ruszył w kierunku drzwi; kiedy tylko je uchylił i zobaczył, co wydaje owe dźwięki, wrócił do reszty z przerażoną miną. Spojrzał na skulonego i krwawiącego Graya.
- Słuchaj młody, wybacz, że ci wyjebałem, ale…
- No dzięki, kurwa, już mi lepiej.
- Nie mamy na to czasu, ludzie Jose tu są, chyba dowiedzieli się o naszej dostawie, musimy spierdalać i to szybko. Wstawaj i się nie wydurniaj.
- Gdybyś mi nie wyjebał…
- Nie bądź baba, przestań się mazać. Auto stoi z tyłu.
Gray spojrzał na Meredy.
- Bez niej nie idę – oznajmił stanowczo.
Erik przeklął pod nosem. Przemyślał chwilę, co zdenerwuje bardziej szefa: stracenie samego towaru czy dodatkowa strata taniej siły roboczej. Wybrał więc opcję, która najmniej raniła jego tyłek. Podszedł do Meredy i, przerzucając ją przez ramię, wyciągnął drugą dłoń w kierunku Graya.
- No chodź! – krzyknął.
Rzucając niezadowoloną dziewczyną jak workiem kartofli na przód, wsiedli do samochodu, którym przyjechał Erik i z piskiem opon odjechali. Gray i Meredy byli bardzo niekomfortowo ściśnięci na jednym siedzeniu. Cała trójka mimo wszystko siedziała przez dłuższą chwilę w ciszy. Wtem odezwała się Meredy:
- Więc… odwieziecie mnie teraz do domu, prawda? – zapytała nieśmiało.
Erik i Gray wymienili się spojrzeniami i pewnymi tonami odparli:

- Chyba śnisz.

sobota, 17 czerwca 2017

[Kopciuszek] Część I

Zmuszając się do zmian trzeba pamiętać, aby zamknąć wszystkie szuflady


Szkarłatne włosy były rozrzucone na poduszce, tworzyły przy tym rozmaite wzory. Spokojna i niczego nieświadoma dziewczyna przewracała się właśnie z jednego boku na drugi, czując dziwne i niewyjaśnione kłucie na ciele, przez które nie mogła dłużej spać. Słyszała ciche ćwierkanie ptaków za oknem oraz szum liści na drzewach, co wprawiło ją w pozytywny i przyjemny nastrój, a dziwne kłucie ustało. Otworzyła jedno zaspane oko i rozejrzała się spokojnie po oświetlonym przez słońce pokoju. Uśmiechnęła się delikatnie na myśl, że wstała wcześniej niż powinna. Wszystko dziś od rana układało się idealnie. Włożyła dłoń pod poduszkę, aby spojrzeć na telefon.
Nagle oblał ją zimny pot. Budzik nie zadzwonił.
Spóźniła się.
Dopiero gdy zdała sobie z tego sprawę, zaczęła biegać bez celu po własnym pokoju. Dlaczego nikt mnie nie obudził, pomyślała gniewnie, ubierając mundurek nowej szkoły. Pakując książki, spojrzała na zegar wiszący nad jej łóżkiem i oczywiste było, że nie zdąży już zjeść śniadania, aczkolwiek wciąż miała cichą nadzieję na dodatkowe dwie minutki.
I faktycznie, były te dwie minuty, jednak w plecy. Nieuczesana, nieogarnięta i głodna, a jedynie przebrana, wybiegła z pokoju jak poparzona. Na korytarzu jak zwykle nikogo nie było. Pewnie wszyscy wyszli, nawet nie myśląc o niej.
Dostanie się im, jak wrócę, pomyślała, chwytając w biegu ostatnie jabłko z koszyka na stole w kuchni.
Pędziła ile sił w nogach, aby zdążyć na przystanek. Z dudniącym sercem spojrzała na rozkład jazdy. Przynajmniej w tym miejscu miała szczęście, autobus miał zaraz po nią przyjechać. Szczęśliwa odetchnęła z ulgą i ponownie spojrzała na czas w telefonie. Siódma czterdzieści. Zdecydowanie to był rekord jej życia, żeby wstać i dojść w to miejsce w dziesięć minut. Letnie bieganie nie poszło jednak na marne.
Pełna wiary i nadziei czekała. Czekała. I czekała. Z niepokojem rozejrzała się po drodze, jeździło po niej mało aut, tym bardziej nie rzucał się w jej oczy żaden autobus. Na przystanku stała sama, co było dosyć dziwne; przecież to taka pora, o której każdy powinien gdzieś wychodzić w tygodniu. Spojrzała jeszcze raz na telefon. Siódma czterdzieści osiem. Przeklęła w myślach i spojrzała jeszcze raz na rozkład jazdy. Ewidentnie jej autobus miał być już cztery minuty temu. Może i za bardzo panikowała, jednak nienawidziła się spóźniać. Tym bardziej, kiedy to miał być jej pierwszy dzień w nowej szkole.
Chciała, by był to idealny dzień. Miała spokojnie i bez nerwów zjeść śniadanie, przyszykować się, aby zrobić dobre wrażenie jako ta „nowa”. Niestety, jak zwykle musiała mieć pod górkę.
Załamana uderzyła lekko o szklaną ścianę przystanku. Cały stres odszedł jak za pomocą magicznej różdżki. Nie rozumiała tego, jednak za każdym razem, gdy się denerwowała, musiała w coś uderzyć. Nieważne, czy była to ściana, drzewo lub jej własne ciało, czuła się po tym od razu zrelaksowana i stabilna.
Drgnęła, słysząc dźwięk otwieranych drzwi. Odwróciła głowę i z radością zauważyła, że jej autobus przyjechał. Dziesięć minut po czasie.
 Nerwowo weszła do szkoły. Lekcje już dawno się zaczęły, co wywołało w niej niepokój. Nie chciała wyjść na nieodpowiedzialną, przecież w starej szkole miała bardzo dobrą opinię i tytuł przewodniczącej. Spojrzała jeszcze raz na telefon, w którym miała plan lekcji. Rozejrzała się po korytarzu wielkiego budynku i przełknęła ślinę. Nie wiedziała, gdzie ma iść, a na dodatek w okolicy nie było ani jednej żywej duszy.
Ciężko westchnęła i udała się w górę po płytowych schodkach. Szkoła wydawała się tak samo ogromna w środku, jak i na zewnątrz. Same schody, po których musiała się wręcz wspinać, przypominały te na wielkich salach balowych. Plątała się po korytarzu ze zdezorientowaną miną. Ściskając telefon, szukała właściwego numeru sali.
Nagle zatrzymała się. Znalazła. Wciągnęła mocno powietrze w płuca i zacisnęła dłoń na klamce. Serce biło jej przerażająco szybko, nigdy w życiu się tak nie stresowała. Wystąpienia publiczne przyprawiały ją o mdłości i zawroty głowy. Ze zdenerwowania zapominała, jak się funkcjonuje i rozmawia. Nie była w stanie wyobrazić sobie, jak ze spokojem wchodzi w tej chwili do sali, przedstawia się i, jak gdyby nigdy nic, siada na wolnym miejscu. Błahe zadanie wydawało jej się w tej chwili czymś niewykonalnym.
- O proszę, kogo my tu mamy?! – odezwał się nieznajomy. – Ty jesteś tą nową?
Dziewczyna odwróciła głowę w jego kierunku i natychmiast oniemiała. Nie była pewna, czy zostało to wywołane stresem czy szybkim zauroczeniem, jednak poczuła, jak nogi robią jej się jak z waty, kiedy ujrzała uśmiech wysokiego chłopaka o niebieskich włosach.
Erza dopiero po chwili odzyskała umiejętność mowy i po ściągnięciu dłoni z klamki zdecydowała się wyciągnąć ją do chłopaka.
- Tak, jestem nową uczennicą. Nazywam się Erza Scarlet – przedstawiła się śmiało, przyjmując spokojną postawę, choć w środku wręcz krzyczała ze stresu.
Chłopak uścisnął wyciągniętą dłoń dziewczyny z zaskoczoną miną.
- Coś nie tak? – zapytała.
- Cóż… nieczęsto widzę, aby dziewczyna witała się w taki dość formalny sposób – oznajmił.
Erza była skołowana. Jej sposób witania się był formalny? Zawsze ją uczono, że tak powinna robić, nawet w poprzedniej szkole nikt nigdy nie miał z tym żadnego problemu.
- Spokojnie – parsknął chłopak, widząc minę dziewczyny. – Wcale nie uważam to za coś złego. To po prostu wyjątkowe.
Serce dziewczyny zabiło mocniej. Przerażona miała nadzieję, że nie bierze jej żadna poważniejsza choroba.
- Rozumiem – powiedziała. – A ty? Kim jesteś?
- Jellal. I z tego, co widzę, twój kolega z klasy, który oprowadzał cię po szkole, dlatego jesteśmy spóźnieni – oznajmił wesołym tonem i objął ją ramieniem, kiedy weszli razem do klasy.
Gdy wkroczyli do sali, oślepiły ją promienie słońca wpadające przez odsłonięte okna. Mrugając kilka razy, zdołała rozejrzeć się spokojnie po otoczeniu. Zdziwiony obecnością nowych uczniów nauczyciel przerwał prowadzenie lekcji i spojrzał na nastolatków gniewnym wzrokiem. Był to starszy mężczyzna niskiego wzrostu. Miał czarne oczy i łysinę, nie licząc włosów po bokach głowy i białych, gęstych wąsów. Złość szybko zastąpiła ciekawość, gdy ujrzał on szkarłatne włosy dziewczyny, znane w okolicy ze swojej niecodzienności. Wpatrywał się w nie tak samo intensywnie jak reszta klasy, która cieszyła się, że została uratowana od nudnej lekcji historii.
- Wybaczy Profesor za spóźnienie, jednak rozumie pan, że musiałem oprowadzić naszą nową zdobycz po naszej cudownej placówce – oznajmił, a zawadiacki uśmiech nie schodził mu z twarzy.
- No cóż… w takim razie daruję ci to, chłopcze. A teraz poznajmy waszą nową przyjaciółkę. Podejdź no tu, dziecko. – Machnął ręką, aby dziewczyna podeszła bliżej biurka.
Jellal poklepał ją po ramieniu, a następnie zajął swoje miejsce na końcu sali, po drodze wymieniając uśmiechy z większością osób. Ewidentnie był lubiany i dosyć popularny. Erza pomyślała, że zaprzyjaźnienie się z nim będzie dobrym pomysłem. W końcu jej pomógł, musiał być miłą osobą.
Dziewczyna wzięła kolejny wdech i wykonała polecanie nauczyciela. Podeszła do biurka, gdzie nauczyciel wręczył jej białą kredę. Odwróciła się więc i napisała na jasnozielonej tablicy swoje pełne imię i nazwisko. Następne zwróciła się w kierunku klasy. Poczuła w gardle małą gulę, która utrudniała jej wypowiedzenie jakiegokolwiek słowa. Znowu zrobiło jej się słabo, a w głowie zawirowało. Czuła się, jakby stała właśnie przed setką potworów, chociaż pomyślała sobie, że to byłoby łatwiejsze.
Potwory by jej nie oceniały.
Spanikowana znalazła siedzącego w tłumie niebieskowłosego chłopaka, który rysował wskazującymi palcami po powietrzu uśmiech, a następnie sam pokazał śnieżnobiałe zęby. Erza mimowolnie wykonała to samo.
- Nazywam się Erza Scarlet i od dziś będę chodziła z wami do klasy. Mam nadzieję, że się zaprzyjaźnimy.
Samo przedstawienie nie wywołało w klasie zbyt wielkiej euforii. Po prostu zaakceptowali ją, a następnie zignorowali.
- No dobrze – odchrząknął nauczyciel. – A więc z racji tego, że Jellal jest tak pomocnym uczniem, będzie twoim opiekunem przez pierwszy miesiąc szkoły.
Erza uśmiechnęła się i kiwnęła głową, cieszyła się, że będzie miała ciekawe towarzystwo. Spojrzała na chłopaka, po którym spodziewała się podobnej reakcji, jednak jego mina pokazywała coś zupełnie innego. Zaskoczona rozejrzała się po małym pomieszczeniu i zdecydowała się zająć puste miejsce, by nie przeszkadzać w dalszym prowadzeniu lekcji. Miejsce to było w ostatnim rzędzie, jednak po drugiej stronie niż jej opiekun. Czerwonowłosa wyciągnęła spokojnie książki i położyła je na ławce. Tak, jak myślała, niedługo po tym wszystko wróciło do normalności.
- Hej, nowa – usłyszała ciszy szept. Erza podniosła wzrok znad zeszytu i spojrzała na osobę siedzącą przed nią. Był to chłopak o rozczochranych, czarnych włosach i ciemnoniebieskich oczach. – Jestem Gray.
- Hej nieznajomy, jestem Erza – odparła zadziornie.
- Skoro będziesz teraz moją sąsiadką, pomyślałem, że wypadałoby się przywitać czy coś.
- To miłe.
- Pewnie jesteś przeszczęśliwa, że „Pan Popularny” jest twoim opiekunem – powiedział sarkastycznie, robiąc przy tym skwaszoną minę.
Erza złapała się za czerwone policzki.
- To aż tak widać? – zdziwiła się. – Kurczę, więc pewnie dlatego nie jest zadowolony. Może myśli, że jestem jakąś wariatką, skoro tak się cieszę?
Gray uniósł zdziwione brwi i oniemiał. Musiała minąć niemała chwila, nim doszło do niego, co właśnie powiedziała dziewczyna. Skomentowałby to, gdyby nie krzyk nauczyciela w jego stronę. Profesor Makarov nigdy za nim nie przepadał i to z wzajemnością. Gray jednak nie mógł wytrzymać ciszy i po raz kolejny zaryzykował, odwracając się w stronę Erzy przy pierwszej lepszej okazji:
- Ty tak na serio? Przecież ten koleś to zwykły buc…
- Dlaczego? – zdziwiła się. – Dla mnie był miły.
- To, że „był miły” to nie wszystko – zapewnił chłopak.
Erza ściągnęła gniewnie brwi.
- Nie wiem, co jest między wami, ale dla mnie Jellal wydaje się bardzo fajnym chłopakiem. Nie będę nikogo oceniać, póki sama się nie przekonam – odparła pewnie, a następnie zignorowała wzrok zrezygnowanego sąsiada i skupiła się na tym, o czym mówił nauczyciel.
Lekcja nie trwała długo, gdyż kilkanaście minut po rozmowie zadzwonił wyczekiwany przez wszystkich dzwonek oznaczający przerwę. Erza miała w planach chociaż na moment pogadać z Jellalem, jednak gdy tylko obejrzała się w jego stronę, chłopaka już nie było. Zdziwiła się, jednak nie miała zbyt wiele czasu na myślenie, gdyż po chwili została otoczona przez paru ludzi.
- Muszę przyznać, że masz cudowny kolor włosów – oznajmiła wysoka dziewczyna w okularach, łapiąc pasmo szkarłatnych włosów Erzy. – Farbowane czy naturalne?
- Ever… Nie każdy lubi być dotykany przez obcych. Powstrzymałabyś się. – Kolejna z dziewczyn wywróciła oczami. Jej mundurek był niedopięty i odsłaniał pokaźny biust, który przykuwał uwagę wszystkich, nawet Erzy. – Jestem Cana, a to Evergreen.
- Miło mi was poznać. – Scarlet uśmiechnęła się.
- Dobra, nie lubię obwijać w bawełnę, więc zapytam wprost. Co masz do Jellala? – zapytała Cana, kucając przy ławce czerwonowłosej i opierając na niej głowę.
- Nic dobrego – wtrącił Gray, udając, że ignoruje rozmowę dziewcząt.
- Lubię go.
- Następna – westchnęła Cana. – Odpuść go sobie, serio.
- Nie rozumiem. Myślałam, że jest lubiany w klasie, a każdy z was mówi co innego.
Ever położyła dłoń na jej ramieniu. Erza spojrzała jej w oczy i musiała przyznać, że czuła się przez moment jak zahipnotyzowana.
- Zadają się z nim tylko lizodupy i plastiki. Chyba nie chcesz być żadną z tych opcji?
Nastała długa cisza. Dziewczyna nie wiedziała, co ma powiedzieć, a trójka znajomych spoglądała na nią intensywnie, wyczekując odpowiedzi. Erza jednak nienawidziła oceniać ludzi po opinii innych, taką miała zasadę.
- Mogę być swoją własną opcją, mogę być po prostu Scarlet.
I w tym momencie zadzwonił dzwonek. Cana i Ever spojrzały na nią z tym samym zawiedzionym wzrokiem co Gray i wróciły bez słowa na swoje miejsca.
Jellal natomiast nie przyszedł na lekcję tą ani żadną inną.
Erza wyszła po zajęciach na dziedziniec szkoły. Był to ładny plac otoczony zielenią. Na środku kwitło wielkie, wiśniowe drzewo, które zachwycało swoim pięknem. Dziewczyna usiadła na ławce, aby odetchnąć świeżym powietrzem. Rozmyślała o chłopaku, który miał jej naprawdę pokazać szkołę. Była zmartwiona, chyba musiał być jakiś powód, dla którego się nie pojawił.
Miała czekać na niego do jutra i znowu się pogubić? Potrzebowała pomocy.
- Erza Scarlet? – usłyszała przyjemny głos. Spojrzała do góry na porcelanową twarz pięknej blondynki o brązowych oczach. Włosy związane miała w dwa kucyki i przewiązane wstążkami. – Miło mi cię poznać, jestem Lucy Heartfilia. Jellal poprosił mnie, żebym pokazała ci szkołę.
Erza uśmiechnęła się. Więc chłopak nie był jednak taki zły, jak mówiono. Musiał wyjść ze szkoły, ale i tak pomyślał o niej, załatwiając za siebie zastępstwo.
Spędziła z Lucy większość dnia. Obie świetnie się ze sobą dogadywały i nie było między nimi ani chwili ciszy. Erza dowiedziała się, że blondynka była rok młodsza, jednak przeskoczyła klasę dzięki świetnej wiedzy, by aktualnie być na tym samym poziomie.
Rozmawiało im się tak dobrze, że po szkole wstąpiły do kawiarni naprzeciwko. Była to mała i przyjemna miejscówka, idealna do rozmowy i spotkań. Weranda z małymi stolikami wydawała się dla nich idealna na ten ciepły dzień. Kiedy już wybrały i złożyły zamówienie, oddały się dalszej dyskusji.
- Jestem nawet zastępcą przewodniczącego – pochwaliła się Lucy.
- W starej szkole byłam przewodniczącą, więc wiem, ile to obowiązków. – Zaśmiała się, jednak nie było w tym nic wesołego. Temat ten był dla niej dość niezręczny i mimo że starała się zachować twarz szczęśliwej, Lucy wyczuła, że coś jest nie tak.
- Czy to ma związek z tym, dlaczego cię wyrzucono? – zapytała.
Erza spojrzała na nią zdziwionym wzrokiem.
- Skąd ty wiesz, że…
- Przepraszam – wypaliła. – Po prostu tak jakoś… Nie znam powodu, wiem tylko, że…
- I nie poznasz – warknęła. – Nie słyszałaś, że grzebanie w cudzych papierach jest dość niekulturalne?
- Nie sprawdzałam twoich papierów! Usłyszałam to. Mimo wszystko i tak przepraszam, nie powinnam w ogóle o to pytać. Zostań, proszę – błagała, widząc, jak Erza kurczowo trzyma za ramię swojej torby.
Scarlet była naprawdę zdenerwowana, jednak tak naprawdę to było jej po prostu wstyd i czuła się zażenowana, że ktoś wie o jej przeszłości. Miała ochotę uciec i schować się w jakimś ciemnym miejscu.
- Ktoś jeszcze o tym wie? – zapytała, rozluźniając uścisk.
- Ja i przewodniczący.
- A przewodniczący to kto?
- Ach, on to… - urwała, nagle jej wzrok przykuła pewna postać za Erzą. – Natsu… co on… pogięło go!
Szybko zaczęła zbierać swoje rzeczy i zostawiła pieniądze za swoje zamówienie na stole.
- Przepraszam, ale muszę się zająć pewnym kretynem. Widzimy się jutro! – rzuciła.
Erza obserwowała, jak blondynka wybiega z kawiarni i zmierza w kierunku różowowłosego chłopaka, który udawał, że jej nie słyszy i szedł przed siebie mimo jej krzyków.
Scarlet była zdziwiona całą sytuacją, ale i szczęśliwa, gdy na jej stoliku pojawiły się dwa kawałki truskawkowego ciasta.

Oba tylko dla niej.

niedziela, 4 czerwca 2017

[Czerwony Kapturek] Część II

Wilki chodzą stadami. Każdy podąża za najsilniejszym, choć ten sam dokładnie nie wie dokąd
zmierza.


- Natsu, ja…
- …w Lucy – dodał, chowając twarz w dłoniach. – Nie wiem, co mam robić!
Levy spojrzała na niego z wielkim zdziwieniem, ale i ulgą. A więc zakochał się w Lucy, a nie w niej, to dobrze. Myśląc nad tym, poczuła dziwne ukłucie - dlaczego właściwie chłopak się zakochał w jej przyjaciółce? Z tego, co pamiętała, to kiedyś Natsu jej powiadał, że Lucy okropnie go irytuje swoim wtrącaniem się w nie swoje sprawy. Dodatkowo, przecież to Levy z nim więcej rozmawiała niż ona, nie była też wcale taka zła z wyglądu. Każdy chłopak, którego znała, zawsze po czasie mówił, że uwielbia Lucy. Fakt, wielu po prostu wyobrażało sobie, jak to jest wygrać na loterii; piękna i bogata dziewczyna, po prostu raj. Natsu jednak nie wydawał się tym typem chłopaka, który patrzyłby na sprawę przez pryzmat pieniędzy.
- Jak do tego doszło? – zapytała spokojnie.
- Ja… sam nie mam pojęcia. Dopiero dzięki tobie ją poznałem, przez to, że przebywamy oboje w twoim towarzystwie. Ja wiem, kim jestem i gdzie jest moje miejsce, jednak chciałbym ją poznać jeszcze bliżej. Jest urocza, mądra i kiedy opowiada ci o czymś, jej oczy mienią się gwiazdami. Uwielbiam wtedy na nią patrzeć. Jest dla mnie właśnie jak taka nieosiągalna gwiazda. – Chłopak spojrzał na siedzącą obok dziewczynę z błagalnym wyrazem twarzy. – Levy, pomóż mi jakoś.
- Szczerze, Natsu, ja naprawdę nie wiem, co mam ci doradzić. Jestem jej przyjaciółką, ale jedyne, co mogę, to powiedzieć ci, że Lucy ma straszny problem z facetami. Każdy chce od niej jej pieniędzy i mało który jest szczery. Gdybyś może był sobą i pokazał się z jak najlepszej strony, to byś jej tym zaimponował. Po prostu musisz pokazać, że szczerze ci na niej zależy.
Levy czuła, że używa typowych porad, które zazwyczaj się mówi w takich przypadkach, jednak Natsu wyglądał na pocieszonego, dlatego już nic więcej nie dodawała.
- Podziwiam cię, Levy, że tak wszystko wiesz – westchnął. Zanim dziewczyna zdążyła zaprzeczyć, złapał jej dłoń z uśmiechem i zaczął ciągnąć w jakimś kierunku. Podążała za nim bez słowa. W jej głowie jednak utworzyła się wizja. Gdyby Natsu faktycznie zaczął robić kroki w kierunku Lucy, a ta by go przyjęła, Levy zostałaby sama, ponieważ para byłaby zajęta sobą. Levy nie miała już nikogo innego oprócz tej dwójki. Gdyby jeszcze był przy niej Corki... niestety, ten ewidentnie wybrał inną drogę. Dziewczyna natychmiast posmutniała. Czyżby to oznaczało, że była skazana na wieczną samotność już do końca? Przecież w tej rodzinie bała się zasypiać, żeby przypadkiem nie umrzeć podczas jakiejś awantury w domu lub na ulicy. Dzisiaj natomiast wręcz umierała z głodu. To wszystko nie wróżyło dla jej przyszłości nic dobrego.
Nagle Natsu puścił jej dłoń i odwrócił się w jej stronę. Dziewczyna poczuła przyjemny zapach dochodzący z piekarni.
- Poczekaj tu chwilę, zaraz wrócę. – Uśmiechnął się, targając jej włosy we wszystkie strony.
Czyżby chłopak chciał jej kupić coś do jedzenia? Nie wiedziała, więc się nie odzywała, jednak w planach miała oddać mu pieniądze. Oparła się o ścianę budynku, przy którym Natsu kazał jej zaczekać. Był to jakiś blok mieszkalny. Zdecydowanie wkroczyli do lepszej dzielnicy niż tej, w której przyszło im mieszkać. Ulice były czyste i pozbawione szkła czy porozrzucanych papierków. Powoli robiło się coraz później, ponieważ z domów wychodzili pierwsi ludzie, aby zdążyć do pracy, a na zewnątrz brykały rozbawione dzieci. Ludzie w ich wieku pewnie siedzieli przy komputerach, ignorując otaczający ich świat. Levy niegdyś też była jedną z takich osób. Jednak jej praca przy komputerze była nauką. Ciągłą i pozbawioną celu nauką. Nie wiedziała, co miała innego robić, więc się uczyła, czytała książki, kształciła się w każdym możliwym dla niej kierunku, chciała ze wszystkiego być najlepsza i czuć się lepsza od innych; uwielbiała to. Odpychała ludzi, przyjaciół, rodzinę, a nawet własnego psa; wszyscy byli dla niej za mało inteligentni, aby zawracać sobie nimi głowę. Dopiero musiała nadejść tragedia, żeby zdała sobie sprawę, jak bardzo była i jest dalej zepsuta. Kiedy do jej oczu znowu zaczęły napływać słone łzy, otarła je i spojrzała w stronę biegnącego do niej chłopaka.
- Natsu? – zapytała spokojnie.
- Uciekaj! – wrzasnął, przebiegając obok skołowanej dziewczyny. Za nim natomiast biegł wzburzony mężczyzna w średnim wieku. Zanim Levy zdała sobie sprawę z tego, co się dzieje, została złapana za ramię.
- Nigdzie nie uciekniesz, zapłacisz za to, co ukradł twój kolega! – warknął mężczyzna, opluwając przy tym jej twarz.
- Niech mnie pan puści, ja przecież nic nie zrobiłam! Ja nie wiedziałam, że on to będzie chciał ukraść! – krzyknęła, czując narastający wstyd. Wszyscy ludzie mijali ją i obserwowali, patrząc jak na złodziejkę, a przecież ona była niewinna.
- Myślisz, że obchodzi mnie gadanie jakiejś gówniary?! Płać, albo zadzwonię po policję i twoich rodziców!
Levy starała się wyrwać z żelaznego uścisku, jednak nic nie była w stanie zrobić; mężczyzna był dla niej zdecydowanie zbyt wielkim przeciwnikiem. Gdy już miała się poddać, postanowiła zaryzykować i ugryzła napastnika w dłoń. Zaskoczony mężczyzna zareagował tak, jak się spodziewała - cofnął dłoń, uwalniając ją. Dziewczyna nie myślała, po prostu zaczęła biec w stronę, po której widziała uciekającego Natsu. Była przerażona, a nogi miała jak z waty, kiedy słyszała jeszcze za sobą głos mężczyzny. Biegła tak szybko, jak tylko mogła, nie oglądała się na boki ani za siebie. Widziała tylko prostą drogę, a następnie wejście do lasu. Biegła naprawdę daleko, prawie tracąc przytomność z wycieńczenia. Ciągle jednak słyszała głośne kroki za sobą. Serce biło jej, jakby miało zaraz wyskoczyć z piersi. Schowała się za pierwszym większym drzewem i skuliła się, cała roztrzęsiona i zmęczona. Zakryła usta dłonią, aby nikt jej nie usłyszał, jednak kroki narastały, a ona przez to tym bardziej się dusiła i coraz głośniej sapała. Kiedy ujrzała czyjąś twarz przed swoją, wrzasnęła naprawdę głośno i na ślepo zaczęła okładać napastnika.
- Levy! Przestań! To ja! – syknął Natsu, łapiąc ją za nadgarstki. Puls dziewczyny uspokoił się, a oddech coraz bardziej zwalniał. Gdy chłopak zobaczył, że niebieskowłosa uspokoiła się, puścił jej ręce i usiadł naprzeciw niej, krzyżując nogi. Z kieszeni bluzy wyciągnął dwie babeczki, jedną ugryzł sam, drugą podarował dziewczynie. – Widzisz, nie było tak źle.
Levy spojrzała na babeczkę, a następnie na chłopaka. Powoli narastał w niej wielki gniew. Więc została wyzywana od złodziejek i gówniar, przeżyła wielki wstyd, upokorzenie i biegła jak opętana z powodu tej jednej, małej babeczki?
- Wiesz, co sądzę o kradzieżach – warknęła.
- To nie kradzież! To pożyczka. Kiedyś tam pójdę i zapłacę – parsknął chłopak, chowając papierową foremkę do kieszeni.
- To właśnie była kradzież, do cholery! Wyniosłeś te babeczki i nie zapłaciłeś! – krzyknęła, wstając i rzucając w  niego podarowaną babeczką.
- O co ci chodzi?! Jesteś przecież głodna, więc weź tą babeczkę i się nie obrażaj.
- Jestem głodna, ale nie jestem z patologii, żeby kraść!
- A więc ja jestem?
- Tak!
- Świetnie! Więc szukaj sobie innego przyjaciela! I nie szukaj mnie, nawet jak już ogarniesz, że to z tobą jest coś nie tak!
I oboje ruszyli w swoje strony. Dziewczyna była wściekła. Miała ochotę coś rozwalić. Jak ktoś taki mógł powiedzieć, że to w niej jest problem? Miała swoje zasady, których się chciała trzymać, nieważne jak bardzo zmuszała ją do tego sytuacja. A ten kretyn niech robi, co chce, jej to ani trochę nie obchodziło, dopóki nie była w to wciągana.
Szła tak przez dłuższy czas, wciąż się nakręcając. W końcu nie wytrzymała, a jej złość musiała znaleźć jakieś ujście.
- Kurwa! – warknęła, kopiąc kamień, który mocno uderzył w jakieś drzewo. O dziwo poczuła się o wiele lepiej.
- E, dzieciak, może się wysławiaj?
Levy odwróciła się i odczuła brak przyjaciela przy sobie. Była pozostawiona sama w lesie, a przed nią stał wysoki i groźny typ, ubrany w moro i skórzaną kurtkę. Normalnie zaczęłaby krzyczeć, ale w tej sytuacji to nie miało żadnego sensu, przecież i tak nikt by jej nie usłyszał.
- Przepraszam – wydukała i zakryła głowę kapturem bluzy, chcąc przejść obok mężczyzny. Niestety, nie pozwolił jej odejść tak szybko i złapał ją za ramię. Serce dziewczyny podskoczyło aż do gardła ze strachu. Powoli spojrzała w oczy mężczyzny, co jednak nie było dobrym wyjściem, ponieważ cały jego piercing twarzy ją przerażał.
- Chwila, znam cię – mruknął, spoglądając na jej twarz.
- Chyba mieszkamy w tym samym mieście, może stąd?
Czarnowłosy uśmiechnął się, widocznie potraktował to jako żart.
- Chodzimy do tej samej szkoły, Kapturku – parsknął. – Właśnie tak myślałem, że jesteś tą laską, co pofarbowała włosy na niebiesko.
- Och, okej. Mogę już iść?
- Taa, to cześć – odparł sucho i odwrócił się w swoją stronę. Już powoli mieli od siebie odejść, kiedy oboje usłyszeli wesołe szczekanie. Chłopak obejrzał się za siebie i wywrócił oczami.
- Ja walę, znowu ten kundel – westchnął. – To, że dałem ci żarcie, nie znaczy, że możesz za mną łazić!
Nagle zza drzewa wyskoczył mały psiak z czerwoną obrożą, który podbiegł do czarnowłosego.
- Corki? – zdziwiła się Levy. Pies spojrzał w jej stronę i natychmiast zmienił obiekt zainteresowania. – Myślałam, że uciekłeś, co ty tu robisz?
- Znalazłem go po drodze z patykiem w pysku... wyglądał, jakby kogoś szukał. Chciałem sprawdzić adres, żeby go odnieść, ale jebany mnie ugryzł. – Pokazał z uśmiechem słabe ślady zębów na dłoni wyglądające jak trofeum po stoczonej walce. – No i wtedy go nakarmiłem i sam się do mnie przyczepił. Więc to twój pies?
- Można tak powiedzieć.
- Ej no, młoda, albo twój pies, albo nie twój... odpowiadaj. – Ściągnął groźnie brwi.
Levy przełknęła głośno ślinę.
- Moi rodzice go wzięli i się nim zajmowali, teraz jest mój.
Chłopak kiwnął głową i ponownie się uśmiechnął.
- No spoko. W takim razie nie będę miał wyrzutów jakby co. Pilnuj następnym razem kundla i pozdrów starych, Kapturku. – Mówiąc to, odwrócił się na pięcie i odszedł, wkładając dłonie w kieszenie skórzanej kurtki.

Levy westchnęła i spojrzała na Corkiego, który z wywalonym językiem obserwował chłopaka jak bohatera. Kucnęła obok psiaka i mocno go przytuliła. Teraz już mogło się dziać wszystko, ponieważ miała swojego towarzysza.

[Czerwony Kapturek] Część I

W każdym prawdziwym życiu jest chociaż część bajki


Na zegarku wybiła godzina piąta. Rano? Wieczorem? Drobna dziewczyna podniosła głowę z pogniecionego jaśka, na którym przyszło jej spać. Usiadła na rozpadającej się kanapie, śmierdziała ona alkoholem i pleśnią. Dotknęła obrzmiałych ust, a następnie przetarła oczy. Czuła się okropnie, a jedyną jej myślą było to, aby znowu zasnąć. Rozmasowując okolice między oczami, rozejrzała się po pokoju. Brudna tapeta odchodziła od ścian, na których było widać zacieki. Sąsiedzi wiele razy byli przez nią upominani, aby coś zrobili z własnymi rurami, niestety za każdym razem ją zbywali. Przecież ona była tylko brudnym dzieciakiem, nic nie miała do powiedzenia. Cały pokój wyglądał jak wysypisko śmieci, wszędzie walały się papierki, śmierdziało mokrymi psami, a za kanapą walały się puste butelki po różnych trunkach. Nie było to jednak jej zasługą.
 - Levy? Wstałaś już? – zapytała ochrypłym głosem kobieta, która zajrzała do jej pokoju.
Niebieskowłosa spojrzała na nią z lekką odrazą, a następnie wyjąkała ciche potwierdzenie.
- To świetnie, pójdziesz nam po fajki – parsknęła, wychodząc z pokoju.
Oburzona nastolatka wstała z miejsca i szybszym tempem ruszyła za ciotką. Wkroczyła wtedy prawdopodobnie do salonu, gdzie oprócz jednej kanapy w rogu, małego, okrągłego stolika z pustymi butelkami stojącymi na nim i osikanego przez psy dywanu nie było kompletnie niczego.
- Niby za co mam je kupić? – zapytała, łapiąc kobietę za ramię.
- Nie wiem, za co, ale masz je przynieść – warknęła, a następnie spojrzała na strój dziewczyny, który składał się z samej bluzki i bielizny. – I ubierz się! Co ty myślisz, że w domu jesteś?!
Levy ugryzła się w język. Kiwnęła głową i ruszyła pędem do pokoju. Starała się być silna, otwierając szufladę z ubraniami, lecz kiedy zobaczyła pogięte zdjęcie na kupce z jej spodniami, nie była w stanie powstrzymać lawiny łez. Moment, w którym  mogła zobaczyć mamę i tatę, nadchodził tylko wtedy, kiedy spoglądała na fotografię. Była taką szczęściarą i nigdy tego nie doceniała. Żałowała, że na jej ostatnim zdjęciu z rodziną wyglądała na znudzoną i zirytowaną. Jej oddech przyśpieszył, a gardło zaczęło palić. Zamykając bolące oczy, przycisnęła zdjęcie do piersi. Tak bardzo tęskniła, tak bardzo chciałaby wrócić do tamtych czasów.
Nagle usłyszała skomlenie. Otworzyła szeroko oczy i spojrzała w dół. To był Corki, jej mały kundelek, który ocierał się o jej nogę. Dostała go od rodziców na piętnaste urodziny. Nigdy się nim nie zajmowała, uważała go za problem, którego nie chciała. To jej rodzice poświęcali mu najwięcej uwagi, to do nich się przywiązał i to ich pokochał, a mimo to przyszedł do niej, żeby ją pocieszyć.
- Ty też wiele straciłeś, prawda? – westchnęła, chcąc go pogłaskać po małej główce. W ostatniej chwili jednak cofnęła dłoń. Czuła, że go zraniła, porzucając go w domu i ignorując po odejściu rodziców. Wzięła go do ciotki i wuja jak jedną z pamiątek, zapominając, że to również jest żywe stworzenie. Do tej pory nie wiedziała, czy coś jadł, czy pił, z kim wychodził na spacery, czy psy wuja nie zrobiły mu krzywdy, czy przeżywał te parę miesięcy tak samo źle jak ona? Gdyby doszło to do niej szybciej, nie cierpieliby samotnie, a razem.
- Ch-chodźmy na spacer – wydukała niepewnie. Corki spojrzał na nią jak na Boga w czystej postaci, zaczął szczekać i wesoło merdać ogonem, biegał wokół niej z radości. Levy pierwszy raz od dawna się naprawdę uśmiechnęła. Jej szczęście przerwał jednak krzyk ciotki:
- Ucisz tego kundla, bo inaczej ja to zrobię!
Dziewczyna spanikowała. Starała się pokazać psu gestem, aby się uciszył, ale to go tylko nakręcało. Jedynym w tym momencie wyjściem było szybkie ubranie się i wyjście. Levy zajrzała do otwartej szuflady. Zdjęcie, które trzymała, zgięła w pół i schowała do kieszeni spodni, które miała zaraz założyć. Oprócz tego nałożyła na siebie pierwszą lepszą bluzkę, która nie śmierdziała pleśnią tego miejsca. Wyjrzała jeszcze przez okno. Godzina piąta rano w niedzielę; podejrzewała, że było chłodno. Spojrzała na drzwi, wisiała na nich jej ulubiona, znoszona już czerwona bluza z kapturem z szarą podszewką.
Szybko wyszła z pokoju i udała się do łazienki, gdzie zamknęła się razem z wciąż radosnym Corkim. Wolała mieć na niego oko, ponieważ ciotka była czasami nieobliczalna.
Spojrzała w lustro i o mało nie krzyknęła. Wyglądała, lekko mówiąc, okropnie. Jej cała twarz była zaczerwieniona, miała wielkie cienie pod oczami, bo nigdy nie mogła spokojnie spać, a dodatkowo wszędzie widniały ślady po jej rozmazanym tuszu do rzęs, który dostała od przyjaciółki. Nigdy nie przepadała za makijażem, tak samo jak za farbowaniem włosów. Jednak po odejściu rodziców chciała w jakiś sposób coś zmienić, czuła wewnętrzną potrzebę buntu, kiedy odesłano ją do tej rodziny. Najpierw zaczęła się malować, niestety wychodziło jej to tak nieudolnie, że została przy samym tuszowaniu rzęs. Następnie czuła się źle w swoich naturalnych blond włosach, które przypominały jej o rodzicach. Przyjaciółka doradzała jeden z innych naturalnych kolorów. Przeżyła szok, kiedy Levy przyszła pewnego razu do szkoły w dzikich, niebieskich włosach. Levy parsknęła, nigdy w życiu nie przyznała się jej, że kolor powstał przez jej roztargnienie i wybranie złej farby. Dziewczyna do końca utrzymywała, że taki właśnie miał być efekt. Ostatecznie i tak jej się spodobały, więc wszystko wyszło na dobre.
Opuściła łazienkę od razu po tym, jak doprowadziła się do porządku. Przy drzwiach założyła buty i spojrzała na Corkiego, który już się uspokoił. Miał na sobie czerwoną obrożę z małą, błyszczącą kosteczką, gdzie podany był numer telefonu jej ojca i stary adres. Levy po raz kolejny poczuła ukłucie w sercu. Spojrzała na wiszące z boku smycze psów wuja. Wisiało ich dosyć sporo, lecz wszystkie były długie, grube i ubrudzone w błocie. Dla małego psiaka potrzebowała krótkiej i cienkiej smyczy. Pewnie w domu rodzice mieli takich tysiące, ale ona nigdy się tym nie interesowała. Westchnęła i spojrzała na psa, liczyła na to, że jest na tyle mądry, że będzie za nią podążał i się nie zgubi.
Wyszli na zewnątrz. Levy była przerażona, gdy Corki wyleciał przed siebie jak opętany. Pobiegł za najbliższy murek i im dłużej nie było go widać, tym serce dziewczyny zaczynało szybciej bić.
- Corki! – zawołała, idąc w stronę kamiennej konstrukcji, która nie wyglądała na solidną.
- Corki, noo, wracaj tu! – krzyknęła znowu, zaglądając za mur, lecz tam go nie było. Do jej oczu powoli napływały łzy, czyżby tylko ona zaczynała czuć sympatię do tego stworzenia? Może on też, tak jak ona pragnął jedynie wolności i gdy tylko nadarzyła się okazja, uciekł jak najdalej. Czuła mieszane emocje: smutek, strach, zazdrość, ale i szczęście, że udało mu się spełnić jego pragnienie.
Powoli ruszyła przed siebie, wkładając dłonie do kieszeni bluzy. Usłyszała charakterystyczne brzęczenie, były to pieniądze. Pięć monet, zdecydowanie nie starczyło na papierosy dla ciotki. Nie chciała kraść, obiecała sobie, że nigdy nie upadnie tak nisko. Zdecydowanie musiała znaleźć jakąś pracę. Pieniądze po rodzicach przejęło jej wujostwo i wątpiła, że jeszcze coś z nich zostało. Jej własne oszczędności malały z każdym dniem, a przecież za coś musiała żyć. W czasie szkoły chodziła na obiady do przyjaciółki, chociaż czuła już powoli, że robi się to niewygodnie dla jej rodziców. Nie dziwiła się, też wolałaby spędzać czas tylko z własną rodziną, a nie jeszcze z jakimś patologicznym dzieciakiem.
Zatrzymała się pod zwykłym marketem. Ta okolica miasta wyróżniała się tym, że miejsca wyglądały na opuszczone. Wybite szyby w budynku, działający do połowy szyld. Wszędzie było czuć alkohol ulicznych pijaków oraz to, gdzie załatwiają swoje potrzeby. Dziewczyna poczuła ciarki, kiedy weszła do środka. Młoda kasjerka z okropnym makijażem zmierzyła ją od dołu do góry z niesmakiem na twarzy. Levy poczuła się przez to jeszcze gorzej, jednak starała się ignorować to uczucie i ruszyła w głąb sklepowych półek. Nie lubiła robić tu zakupów. Większość rzeczy była na przecenie; przeterminowana lub w jakiś sposób zepsuta. Niestety, zbyt wczesna pora i za mało pieniędzy - uniemożliwiało jej to, aby iść gdzie indziej. Była naprawdę głodna, wydawało się, że burczenie jej brzucha słychać na cały sklep. Wszystko, co wydawało jej się możliwe do spożycia było albo spleśniałe, albo po prostu nie byłaby w stanie tego włożyć do ust i nie zwymiotować. Cicho westchnęła i wsunęła rękę w głąb półki, by wyciągnąć pochowane z tyłu produkty.
- Ja bym uważał, podobno tam biegają karaluchy – parsknął męski głos.
Levy natychmiast odskoczyła z krzykiem, uderzając głową w męski tors. Odwróciła się na pięcie i spojrzała prosto w oczy rozbawionego chłopaka. Kiedyś mijali się w szkole bez słowa, zawsze uważała go za dziwaka chodzącego całe tygodnie w tych samych spodniach i kretyna niepotrafiącego przeczytać chociaż jednej lektury szkolnej. Kiedy jednak jej życie się zmieniło i z lepszej dzielnicy trafiła do tego samego miejsca co chłopak, który mimo jej docinek starał się pomóc jak tylko mógł, stała się dla niego cieplejsza i zostali przyjaciółmi.
- Natsu – syknęła – jak zwykle jesteś okropny.
- Też się cieszę, że cię widzę. Jak tam życie? – zapytał, kładąc pocieszająco dłoń na jej drobnym ramieniu.
- Nic nowego, aktualnie szukam czegoś, co się nadaje do jedzenia – westchnęła. – Co tu robisz tak wcześnie?
- Biegałem sobie z rana, aż tu nagle  zobaczyłem cię po drodze, jak wchodzisz do środka. To co dziś jemy? – Rozejrzał się po całym sklepie, a następnie złapał pierwszy lepszy twarożek, po czymodstawił go z kwaśną miną.
- Zostaje nam przeprowadzanie fotosyntezy – zachichotała dziewczyna, klepiąc go po ramieniu. Roześmiała się jeszcze bardziej, widząc konsternację na twarzy chłopaka po usłyszeniu dziwnego słowa.
- Droga ta fotosynteza?
- Bezcenna. – Uśmiechnęła się. – Raczej nic tu nie kupimy. Chodźmy się przejść, może zapomnę przy rozmowie o głodzie.
Pożegnali się ze sprzedawczynią, która natychmiast ruszyła sprawdzić, czy dwójka nastolatków czegoś przypadkiem nie zabrała albo nie zepsuła. Ruszyli w stronę najbliższego parku, który właściwie robił popołudniami i nocami za miejsce spotkań typowych meneli oraz zbuntowanych dzieciaków z rozbitych rodzin. Rano jednak to miejsce wydawało się być jak przyjazna przystań, w której dało się odpocząć, pooddychać świeżym powietrzem i pooglądać piękno natury.
Siadając na jednej z wielu ławek, rozmawiali cały czas; o życiu, o banałach, o tym, co im się podoba, Levy nawet tłumaczyła chłopakowi ostatnie lekcje, które przerabiali w szkole, ponieważ Natsu nigdy nie był w stanie się na nich skupić. Dziewczyna cieszyła się, że mimo sytuacji, w jakiej się znalazła, miała kogoś, kto ją w jakiś sposób wspierał i podzielał ból. Posiadała jeszcze przyjaciółkę, Lucy, jednak ona pochodziła z dobrego domu i, mimo jej wielkiej wrażliwości, Levy była pewna, że nie rozumie ona jej sytuacji. Dla niej problemy Lucy sięgały naprawdę mikroskopijnych rozmiarów, chociaż i tak starała się ją wspierać, gdy tylko miały okazję się spotkać.
Nagle między Natsu i Levy nastała dziwna, długa cisza. Dziewczynie nie przeszkadzałoby to, gdyby nie fakt, że przyjaciel ewidentnie wyglądał na strapionego i coś w sobie dusił. W końcu podniósł głowę i spojrzał jej głęboko w oczy.
- Zakochałem się…
Cały świat nagle zawirował w głowie niebieskowłosej. Jej serce mocniej zabiło, a twarz oblał wielki rumieniec. W niej? Jak to? Przecież byli przyjaciółmi. Lubiła chłopaka, ale nie wyobrażała sobie czegoś więcej pomiędzy nimi. Nie była w stanie patrzeć mu w oczy, więc odwróciła głowę i spojrzała na pobliskie drzewo. Nie umiała mu powiedzieć, że to nie wyjdzie, nie chciała mu w taki sposób łamać serca.