sobota, 17 czerwca 2017

[Kopciuszek] Część I

Zmuszając się do zmian
trzeba pamiętać, aby zamknąć wszystkie szuflady

Szkarłatne włosy były rozrzucone na poduszce, tworząc przy tym rozmaite wzory. Spokojna i niczego nieświadoma dziewczyna przewracała się właśnie z jednego boku na drugi, czując dziwne i niewyjaśnione kłucie na ciele przez które nie mogła dłużej spać. Słyszała ciche ćwierkanie ptaków za oknem oraz szum liści na drzewach co wprawiło ją w pozytywny i przyjemny nastrój, a dziwne kłucie ustało. Otworzyła jedno zaspane oko i rozejrzała się spokojnie po oświetlonym przez słońce pokoju. Uśmiechnęła się delikatnie na myśl, że wstała wcześniej niż powinna. Wszystko dziś od rana układało się idealnie. Włożyła dłoń pod poduszkę, aby spojrzeć na telefon.
Nagle oblał ją zimny pot. Budzik nie zadzwonił.
Spóźniła się.
Dopiero, gdy zdała sobie z tego sprawę zaczęła biegać bez celu po własnym pokoju. Dlaczego nikt mnie nie obudził, pomyślała gniewnie, ubierając mundurek nowej szkoły. Pakując książki spojrzała na zegar wiszący nad jej łóżkiem, oczywistym było, że nie zdąży już zjeść śniadania, aczkolwiek wciąż miała cichą nadzieje na dodatkowe dwie minutki.
I faktycznie, były te dwie minuty, jednak w plecy. Nieuczesana, nieogarnięta i głodna, po prostu przebrana, wybiegła z pokoju jak poparzona. Na korytarzu jak zwykle nikogo nie było, pewnie wszyscy wyszli nawet nie myśląc o niej.
Dostanie się im jak wrócę, pomyślała chwytając w biegu ostatnie jabłko z koszyka na stole w kuchni.
Pędziła ile sił w nogach, aby zdążyć na przystanek. Z dudniącym sercem spojrzała na rozkład jazdy. Przynajmniej w tym miejscu miała szczęście, autobus miał zaraz po nią przyjechać. Szczęśliwa odetchnęła z ulgą i ponownie spojrzała na czas w telefonie. Siódma czterdzieści. Zdecydowanie to był rekord jej życia, żeby wstać i dojść w to miejsce w dziesięć minut, letnie bieganie nie poszło jednak na marne.
Pełna wiary i nadziei czekała. Czekała. I czekała. Z niepokojem rozejrzała się po drodze, jeździło po niej mało aut, tym bardziej nie rzucał się w jej oczy żaden autobus. Na przystanku stała sama, co było dosyć dziwne, przecież to taka pora o której każdy powinien gdzieś wychodzić w tygodniu. Spojrzała jeszcze raz na telefon. Siódma czterdzieści osiem. Przeklęła w myślach i spojrzała jeszcze raz na rozkład jazdy. Ewidentnie jej autobus miał być już cztery minuty temu. Może i za bardzo panikowała, jednak nienawidziła się spóźniać. Tym bardziej, kiedy to miał być jej pierwszy dzień w nowej szkole.
To miał być idealny dzień. Miała spokojnie i bez nerwów zjeść śniadanie, przyszykować się, aby zrobić dobre wrażenie jako ta „nowa”. Niestety jak zwykle musiała mieć pod górkę.
Załamana uderzyła lekko o szklaną ścianę przystanku. Cały stres odszedł jak za pomocą magicznej różdżki. Nie rozumiała tego, jednak za każdym razem, gdy się denerwowała, musiała w coś uderzyć. Nie ważne czy była to ściana, drzewo lub jej własne ciało, czuła się po tym od razu zrelaksowana i stabilna.
Drgnęła słysząc dźwięk otwieranych drzwi. Odwróciła głowę i z radością zauważyła, że jej autobus przyjechał. Dziesięć minut po czasie.
 Nerwowo weszła do szkoły. Lekcje już dawno się zaczęły, co wywołało w niej niepokój. Nie chciała wyjść na nieodpowiedzialną, przecież w starej szkole miała bardzo dobrą opinie i tytuł przewodniczącej. Spojrzała jeszcze raz na telefon w którym miała plan lekcji. Rozejrzała się po korytarzu wielkiego budynku i przełknęła ślinę. Nie wiedziała gdzie ma iść, a na dodatek w okolicy nie było ani jednej żywej duszy.
Ciężko westchnęła i udała się w górę po płytowych schodkach. Szkoła wydawała się tak samo ogromna w środku jak i na zewnątrz. Same schody, po których musiała się wręcz wspinać, przypominały te na wielkich salach balowych. Plątała się po korytarzu ze zdezorientowaną miną. Ściskając telefon szukała właściwego numerka sali.
Nagle zatrzymała się. Znalazła. Wciągnęła mocno powietrze w płuca i zacisnęła dłoń na klamce. Serce biło jej przerażająco szybko, nigdy w życiu się tak nie stresowała. Wystąpienia publiczne przyprawiały ją o mdłości i zawroty głowy. Ze zdenerwowania zapominała jak się funkcjonuje i rozmawia. Nie była w stanie wyobrazić sobie jak ze spokojem wchodzi w tej chwili do sali, przedstawia się i jakby nigdy nic siada na wolnym miejscu. Błahe zadanie wydawało jej się w tej chwili czymś niewykonalnym.
- O proszę, kogo my tu mamy! – odezwał się nieznajomy. – Ty jesteś tą nową?
Dziewczyna odwróciła głowę w jego kierunku i natychmiast oniemiała. Nie była pewna, czy to było wywołane stresem czy szybkim zauroczeniem, jednak poczuła jak nogi robią jej się jak z waty kiedy ujrzała uśmiech wysokiego chłopaka o niebieskich włosach.
Erza dopiero po chwili odzyskała umiejętność mowy i po ściągnięciu dłoni z klamki zdecydowała się wyciągnąć ją do chłopaka.
- Tak, jestem nową uczennicą. Nazywam się Erza Scarlet  – przedstawiła się śmiało, przyjmując spokojną postawę, choć w środku wręcz krzyczała ze stresu.
Chłopak uścisnął wyciągniętą dłoń dziewczyny z zaskoczoną miną.
- Coś nie tak? – zapytała.
- Cóż… nieczęsto widzę, aby dziewczyna witała się w taki dość formalny sposób – oznajmił.
Erza była skołowana. Jej sposób witania się był formalny? Zawsze ją uczono, że tak powinna robić, nawet w poprzedniej szkole nikt nigdy nie miał z tym żadnego problemu.
- Spokojnie – parsknął chłopak widząc minę dziewczyny. – Wcale nie uważam to za coś złego. To po prostu wyjątkowe.
Serce dziewczyny zabiło mocniej. Przerażona miała nadzieje, że nie bierze jej żadna poważniejsza choroba.
- Rozumiem – powiedziała. – A ty? Kim jesteś?
- Jellal. I z tego co widzę, twój kolega z klasy, który oprowadzał cię po szkole, dlatego jesteśmy spóźnieni – oznajmił wesołym tonem i objął ją ramieniem, kiedy weszli razem do klasy.
Gdy weszli do sali oślepiły ją promienie słońca wpadające przed odsłonięte okna. Mrugając kilka razy zdołała rozejrzeć się spokojnie po otoczeniu. Zdziwiony obecnością nowych uczniów nauczyciel przerwał prowadzenie lekcji i spojrzał na nastolatków gniewnym wzrokiem. Był to starszy mężczyzna niskiego wzrostu. Miał czarne oczy i był łysy, nie licząc włosów po bokach głowy i białych, gęstych wąsów. Złość szybko zastąpiła ciekawość, gdy ujrzał on szkarłatne włosy dziewczyny, znane w okolicy ze swojej niecodzienności. Wpatrywał się w nie tak samo intensywnie jak reszta klasy, która cieszyła się, że została uratowana od nudnej lekcji historii.
- Wybaczy profesor za spóźnienie, jednak rozumie pan, że musiałem oprowadzić naszą nową zdobycz po naszej cudownej placówce – oznajmił, a zawadiacki uśmiech nie schodził mu z twarzy.
- No cóż… w takim razie daruje ci to chłopcze. A teraz, poznajmy waszą nową przyjaciółkę. Podejdź no tu dziecko – machnął ręką, aby dziewczyna podeszła bliżej biurka.
Jellal poklepał ją po ramieniu, a następnie zajął swoje miejsce na końcu sali, po drodze wymieniając uśmiechy z większością osób. Ewidentnie był lubiany i dosyć popularny. Erza pomyślała, że zaprzyjaźnienie się z nim będzie dobrym pomysłem. W końcu jej pomógł, musiał być miłą osobą.
Dziewczyna wzięła kolejny wdech i wykonała polecanie nauczyciela. Podeszła do biurka, gdzie nauczyciel wręczył jej białą kredę. Odwróciła się więc i napisała na jasnozielonej tablicy swoje pełne imię i nazwisko. Następne zwróciła się w kierunku klasy. Poczuła w gardle małą gulę, która utrudniała jej wypowiedzenie jakiekolwiek słowa. Znowu zrobiło jej się słabo, a w głowie zawirowało. Czuła się, jakby stała właśnie przed setką potworów, chociaż czuła, że to byłoby łatwiejsze.
Potwory by jej nie oceniały.
Spanikowana znalazła siedzącego w tłumie niebieskowłosego chłopaka, który rysował wskazującymi palcami po powietrzu uśmiech, a następnie sam pokazał śnieżnobiałe zęby. Erza mimowolnie wykonała to samo.
- Nazywam się Erza Scarlet i od dziś będę chodziła z wami do klasy. Mam nadzieje, że się zaprzyjaźnimy.
Samo przedstawienie nie wywołało w klasie zbyt wielkiej euforii. Po prostu, zaakceptowali ją a następnie zignorowali.
- No dobrze – odchrząknął nauczyciel. – A więc z racji tego, że Jellal jest tak pomocnym uczniem będzie twoim opiekunem przez pierwszy miesiąc szkoły.
Erza uśmiechnęła się i kiwnęła głową, cieszyła się, że będzie miała ciekawe towarzystwo. Spojrzała na chłopaka po którym spodziewała się podobnej reakcji, jednak jego mina pokazywała coś zupełnie innego. Zaskoczona rozejrzała się po małym pomieszczeniu i zdecydowała się zająć puste miejsce i nie przeszkadzać w dalszym prowadzeniu lekcji. Miejsce to było w ostatnim rzędzie, jednak po drugiej stronie niż jej opiekun. Czerwonowłosa wyciągnęła spokojnie książki i położyła je na ławce. Tak jak myślała, niedługo po tym wszystko wróciło do normalności.
- Hej nowa – usłyszała ciszy szept. Erza podniosła wzrok z nad zeszytu i spojrzała na osobę siedzącą przed nią. Był to chłopak o rozczochranych czarnych włosach i ciemnoniebieskich oczach. – Jestem Gray.
- Hej nieznajomy, jestem Erza – odparła zadziornie.
- Skoro będziesz teraz moją sąsiadką pomyślałem, że wypadałoby się przywitać czy coś.
- To miłe.
- Pewnie jesteś przeszczęśliwa, że „Pan Popularny” jest twoim opiekunem – powiedział sarkastycznie, robiąc przy tym skwaszoną minę.
Erza złapała się za czerwone policzki.
- To aż tak widać? – zdziwiła się. – Kurcze, więc pewnie dlatego nie jest zadowolony. Może myśli, że jestem jakąś wariatką skoro tak się cieszę?
Gray uniósł zdziwione brwi i oniemiał. Musiała minąć niemała chwila nim doszło do niego co właśnie powiedziała dziewczyna. Skomentowałby to, gdyby nie krzyk nauczyciela w jego stronę. Profesor Makarov nigdy za nim nie przepadał i to ze wzajemnością. Gray jednak nie mógł wytrzymać w ciszy i po raz kolejny zaryzykował odwracając się w stronę Erzy przy pierwszej lepszej okazji:
- Ty tak na serio? Przecież ten koleś to zwykły buc…
- Dlaczego? – zdziwiła się. – Dla mnie był miły.
- To, że „był miły” to nie wszystko – zapewnił chłopak.
Erza ściągnęła gniewnie brwi.
- Nie wiem co jest między wami, ale dla mnie Jellal wydaje się bardzo fajnym chłopakiem. Nie będę nikogo oceniać, póki sama się nie przekonam – odparła pewnie, a następnie zignorowała wzrok zrezygnowanego sąsiada i skupiła się na tym o czym mówił nauczyciel.
Lekcja nie trwała długo, gdyż kilkanaście minut po rozmowie zadzwonił wyczekiwany przez wszystkich dzwonek oznaczający przerwę. Erza miała w planach chociaż na moment pogadać z Jellalem, jednak gdy tylko obejrzała się w jego stronę chłopaka już nie było. Zdziwiła się, jednak nie miała zbyt wiele czasu na myślenie, gdyż po chwili została otoczona przez paru ludzi.
- Muszę przyznać, że masz cudowny kolor włosów – oznajmiła wysoka dziewczyna w okularach, łapiąc pasmo szkarłatnych włosów Erzy. – Farbowane czy naturalne?
- Ever… Nie każdy lubi być dotykany przez obcych. Powstrzymałabyś się – wywróciła oczami kolejna z dziewczyn. Jej mundurek był niedopięty i odsłaniał pokaźny biust, który przykuwał uwagę wszystkich, nawet Erzy. – Jestem Cana, a to Evergreen.
- Miło mi was poznać – uśmiechnęła się Scarlet.
- Dobra, nie lubię obwijać w bawełnę, więc zapytam wprost. Co masz do Jellala? – zapytała Cana, kucając przy ławce czerwonowłosej i opierając na niej głowę.
- Nic dobrego – wtrącił Gray, udając, że ignoruje rozmowę dziewcząt.
- Lubię go.
- Następna – westchnęła Cana. – Odpuść go sobie, serio.
- Nie rozumiem. Myślałam, że jest lubiany w klasie, a każdy z was mówi co innego.
Ever położyła jej dłoń na ramieniu. Erza spojrzała jej w oczy i musiała przyznać, że czuła się przez moment jak zahipnotyzowana.
- Zadają się z nim tylko lizodupy i plastiki. Chyba nie chcesz być żadną z tych opcji?
Nastała długa cisza. Dziewczyna nie wiedziała co ma powiedzieć, a trójka znajomych spoglądała na nią intensywnie, wyczekując odpowiedzi. Erza jednak nienawidziła oceniać ludzi po opinii innych, taką miała zasadę.
- Mogę być swoją własną opcją, mogę być po prostu Scarlet.
I w tym momencie zadzwonił dzwonek. Cana i Ever spojrzały na nią z tym samym, zawiedzionym wzrokiem co Gray i wróciły bez słowa na swoje miejsca.
Jellal natomiast nie przyszedł na lekcje tą, ani żadną inną.
Erza wyszła po zajęciach na dziedziniec szkoły. Był to ładny plac otoczony zielenią. Na środku kwitło wielkie, wiśniowe drzewo, które zachwycało swoim pięknem. Dziewczyna usiadła na ławce, aby odetchnąć świeżym powietrzem. Rozmyślała o chłopaku, który miał jej naprawdę pokazać szkołę. Była zmartwiona, chyba musiał być jakiś powód dla którego się nie pojawił.
Miała czekać na niego do jutra i znowu się pogubić? Potrzebowała pomocy.
- Erza Scarlet? – usłyszała przyjemny głos. Spojrzała do góry na porcelanową twarz pięknej blondynki o brązowych oczach. Włosy związane miała w dwa kucyki, przewiązane wstążkami. – Miło mi cię poznać, jestem Lucy Heartfilia. Jellal poprosił mnie, żebym pokazała ci szkołę.
Erza uśmiechnęła się, więc chłopak nie był jednak taki zły jak o nim mówili. Musiał wyjść ze szkoły, ale i tak pomyślał o niej, załatwiając za siebie zastępstwo.
Spędziła z Lucy większość dnia. Obie świetnie się ze sobą dogadywały i nie było między nimi ani chwili ciszy. Erza dowiedziała się, że blondynka jest rok młodsza, jednak przeskoczyła klasę dzięki świetnej wiedzy i aktualnie są na tym samym poziomie.
Rozmawiało im się tak dobrze, że po szkole wstąpiły do kawiarni naprzeciwko szkoły. Była to mała i przyjemna miejscówka, idealna do rozmawiania i spotkań. Weranda z małymi stolikami wydawała się dla nich idealna na ten ciepły dzień. Kiedy już wybrały i złożyły zamówienie oddały się dalszej dyskusji.
- Jestem nawet zastępcą przewodniczącego – pochwaliła się Lucy.
- W starej szkole byłam przewodniczącą, więc wiem ile to obowiązków – zaśmiała się, jednak nie było w tym nic wesołego. Temat ten był dla niej dość niezręczny i mimo, że starała się zachować twarz szczęśliwej, Lucy wyczuła, że coś jest nie tak.
- Czy to ma związek z tym, dlaczego cię wyrzucono? – zapytała.
Erza spojrzała na nią zdziwionym wzrokiem.
- Skąd ty wiesz, że…
- Przepraszam – wypaliła. – Po prostu tak jakoś...Nie znam powodu, wiem tylko, że…
- I nie poznasz – warknęła. – Nie słyszałaś, że grzebanie w cudzych papierach jest dość niekulturalne?
- Nie sprawdzałam twoich papierów! Usłyszałam to. Mimo wszystko i tak przepraszam, nie powinnam w ogóle o to pytać. Zostań, proszę – błagała, widząc jak Erza kurczowo trzyma za ramię swojej torby.
Scarlet była naprawdę zdenerwowana, jednak tak naprawdę to było jej po prostu wstyd i czuła się zażenowana, że ktoś wie o jej przeszłości. Miała ochotę uciec i schować się w jakimś ciemnym miejscu.
- Ktoś jeszcze o tym wie? – zapytała, rozluźniając uścisk.
- Ja i przewodniczący.
- A przewodniczący to kto?
- Ah, on to… - urwała, nagle jej wzrok przykuła pewna postać za Erzą. – Natsu… co on… pogięło go!
Szybko zaczęła zbierać swoje rzeczy i zostawiła pieniądze za swoje zamówienie na stole.
- Przepraszam, ale muszę się zająć pewnym kretynem. Widzimy się jutro! – rzuciła.
Erza obserwowała jak blondynka wybiega z kawiarni i zmierza w kierunku różowowłosego chłopaka, który udawał, że jej nie słyszy i szedł przed siebie mimo jej krzyków.
Scarlet była zdziwiona całą sytuacją, ale i szczęśliwa, gdy na jej stoliku pojawiły się dwa kawałki truskawkowego ciasta. 
Oba tylko dla niej.

niedziela, 4 czerwca 2017

[Czerwony Kapturek] Część II

Wilki chodzą stadami. Każdy podąża za najsilniejszym, choć ten sam dokładnie nie wie, dokąd zmierza.

- Natsu ja…
- … w Lucy – dodał chowając twarz w dłoniach. – Nie wiem co mam robić!
Levy spojrzała na niego z wielkim zdziwieniem, ale i ulgą. A więc zakochał się w Lucy, a nie w niej, to dobrze. Myśląc nad tym poczuła dziwne ukłucie, dlaczego właściwie chłopak się zakochał w jej przyjaciółce? Z tego co pamiętała to swojego czasu Natsu jej powiadał, że Lucy okropnie go irytuje swoim wtrącaniem się w nie swoje sprawy. Dodatkowo, przecież to Levy z nim więcej rozmawiała niż ona, nie była też wcale taka zła z wyglądu. Każdy chłopak, którego znała, zawsze po czasie mówił, że uwielbia Lucy. Fakt, wielu po prostu wyobrażało sobie jak to jest wygrać na loterii, piękna i bogata dziewczyna, po prostu raj. Natsu jednak nie wydawał się tym typem chłopaka, który patrzyłby względem pieniędzy.
- Jak do tego doszło? – zapytała spokojnie.
- Ja… sam nie mam pojęcia. Dopiero dzięki tobie ją poznałem, przez to, że przebywamy oboje w twoim towarzystwie. Ja wiem kim jestem i gdzie jest moje miejsce, jednak chciałbym ją poznać jeszcze bliżej. Jest urocza, mądra i kiedy opowiada ci o czymś jej oczy mienią się gwiazdami, uwielbiam wtedy na nią patrzeć. Jest dla mnie właśnie jak taka nieosiągalna gwiazda. – Chłopak spojrzał na siedzącą obok dziewczynę z błagalnym wyrazem twarzy. – Levy, pomóż mi jakoś.
- Szczerze Natsu, ja naprawdę nie wiem co mam ci doradzić. Jestem jej przyjaciółką, ale jedyne co mogę to powiedzieć ci, że Lucy ma straszny problem z facetami, każdy chce od niej jej pieniędzy i mało który jest szczery. Gdybyś może był sobą i pokazał się z jak najlepszej strony to byś jej tym zaimponował. Po prostu musisz pokazać, że szczerze ci na niej zależy.
Levy czuła, że używa typowych porad, które zazwyczaj się mówi w takich przypadkach, jednak Natsu wyglądał na pocieszonego, dlatego już nic więcej nie dodawała.
- Podziwiam cię Levy, że tak wszystko wiesz – westchnął. Zanim dziewczyna zdążyła zaprzeczyć złapał jej dłoń z uśmiechem i zaczął ciągnąć w jakimś kierunku. Podążała za nim bez słowa. W jej głowie jednak utworzyła się wizja. Gdyby Natsu faktycznie zaczął robić kroki w kierunku Lucy, a ta by go przyjęła, Levy zostałaby sama, ponieważ para byłaby zajęta sobą. Levy nie miała już nikogo innego oprócz tej dwójki. Gdyby jeszcze był przy niej Corki, ale ten ewidentnie wybrał inną drogę. Dziewczyna natychmiast posmutniała, czyżby to oznaczało, że była skazana na wieczną samotność już do końca? Przecież w tej rodzinie bała się zasypiać, żeby przypadkiem nie umrzeć podczas jakiejś awantury w domu lub na ulicy. Dzisiaj natomiast wręcz umierała z głodu. To wszystko nie wróżyło dla jej przyszłości nic dobrego.
Nagle Natsu puścił jej dłoń i odwrócił się w jej stronę. Dziewczyna poczuła przyjemny zapach dochodzący z piekarni.
- Poczekaj tu chwilę, zaraz wrócę – uśmiechnął się, targając jej włosy we wszystkie strony.
Czyżby chłopak chciał jej kupić coś do jedzenia? Nie wiedziała, więc się nie odzywała, jednak w planach miała oddać mu pieniądze. Oparła się o ścianę budynku przy którym Natsu kazał jej zaczekać. Był to jakiś blok mieszkalny. Zdecydowanie wkroczyli do lepszej dzielnicy niż przyszło im mieszkać. Ulice były czyste i pozbawione szkła czy porozrzucanych papierków. Powoli robiło się coraz później, ponieważ powoli z domów wychodzili pierwsi ludzie, aby zdążyć do pracy, a na zewnątrz brykały rozbawione młode dzieci. Ludzie w ich wieku pewnie siedzieli przy komputerach, ignorując otaczający ich świat. Levy niegdyś też była jedną z takich osób. Jednak jej praca przy komputerze była nauką. Ciągłą i pozbawioną celu nauką. Nie wiedziała co miała innego robić, więc się uczyła, czytała książki, kształciła się w każdym możliwym dla niej kierunku, chciała z wszystkiego być najlepsza i czuć się lepsza od innych, uwielbiała to. Odpychała ludzi, przyjaciół, rodzinę, a nawet własnego psa, wszyscy byli dla niej za mało inteligentni, aby zawracać sobie nimi głowę. Dopiero musiała nadejść tragedia, żeby zdała sobie sprawę, jak bardzo była i jest dalej zepsuta. Kiedy do jej oczu znowu zaczęły napływać słone łzy otarła je i spojrzała w stronę biegnącego o niej chłopaka.
- Natsu? – zapytała spokojnie.
- Uciekaj! – wrzasnął, przebiegając obok skołowanej dziewczyny. Za nim natomiast biegł wzburzony mężczyzna w średnim wieku. Zanim Levy zdała sobie sprawę z tego co się dzieje została złapana za ramię.
- Nigdzie nie uciekniesz, zapłacisz za to co ukradł twój kolega! – warknął mężczyzna, opluwając przy tym jej twarz.
- Niech mnie pan puści, ja przecież nic nie zrobiłam! Ja nie wiedziałam, że on to będzie chciał ukraść! – krzyknęła, czując narastający wstyd. Wszyscy ludzie mijali ją i obserwowali jak złodziejkę, a przecież ona była niewinna.
- Myślisz, że obchodzi mnie gadanie jakiejś gówniary! Płać albo zadzwonię po policję i twoich rodziców!
Levy starała się wyrwać z żelaznego uścisku, jednak nic nie była w stanie zrobić, mężczyzna był dla niej zdecydowanie zbyt wielkim przeciwnikiem. Gdy już miała się poddać postanowiła zaryzykować i ugryzła napastnika w dłoń. Zaskoczony mężczyzna zareagował tak jak się spodziewała, cofnął dłoń, uwalniając ją. Dziewczyna nie myślała, po prostu zaczęła biec w stronę w którą widziała uciekającego Natsu. Była przerażona, a nogi miała jak z waty, kiedy słyszała jeszcze za sobą głos mężczyzny. Biegła tak szybko jak tylko mogła, nie oglądała się na boki ani za siebie, widziała tylko prostą drogę, a następnie wejście do lasu. Biegła naprawdę daleko, prawie tracąc przytomność z wycieńczenia. Ciągle jednak słyszała głośne kroki za sobą. Serce biło jej jakby miało zaraz wyskoczyć z piersi. Schowała się za pierwszym większym drzewem i skuliła się pod nim, cała roztrzęsiona i zmęczona. Zakryła usta dłonią, aby nikt jej nie usłyszał, jednak kroki narastały, a ona przez to tym bardziej się dusiła i coraz głośniej sapała. Kiedy ujrzała czyjąś twarz przed swoją wrzasnęła naprawdę głośno i na ślepo zaczęła okładać napastnika.
- Levy! Przestań! To ja! – syknął Natsu, łapiąc ją za nadgarstki. Puls dziewczyny uspokoił się, a oddech coraz bardziej zwalniał. Gdy chłopak zobaczył, że niebieskowłosa uspokoiła się, puścił jej ręce i usiadł naprzeciw niej, krzyżując nogi. Z kieszeni bluzy wyciągnął dwie babeczki, jedną ugryzł sam, drugą podarował dziewczynie. – Widzisz, nie było tak źle.
Levy spojrzała na babeczkę, a następnie na chłopaka. Powoli narastał w niej wielki gniew. Więc została wyzywana od złodziejek i gówniar, przeżyła wielki wstyd, upokorzenie i biegła jak opętana z powodu tej jednej, małej babeczki?
- Wiesz co sądzę o kradzieżach – warknęła.
- To nie kradzież! To pożyczka. Kiedyś tam pójdę i zapłacę – parsknął chłopak, chowając papierową foremkę do kieszeni.
- To właśnie była kradzież do cholery! Wyniosłeś te babeczki i nie zapłaciłeś! – krzyknęła wstając i rzucając w  niego podarowaną babeczką.
- O co ci chodzi?! Jesteś przecież głodna, więc weź tą babeczkę i się nie obrażaj.
- Jestem głodna, ale nie jestem z patologii, żeby kraść!
- A więc ja jestem?
- Tak!
- Świetnie! Więc szukaj sobie innego przyjaciela! I nie szukaj mnie, nawet jak już ogarniesz, że to z tobą jest coś nie tak!
I oboje ruszyli w swoje strony. Dziewczyna była wściekła. Miała ochotę coś rozwalić. Jak ktoś taki mógł powiedzieć, że to w niej jest problem? Miała swoje zasady, których się chciała trzymać, nie ważne jak bardzo zmuszała ją do tego sytuacja. A ten kretyn niech robi co chce, jej to ani trochę nie obchodziło, dopóki nie była w to wciągana.
Szła tak przez dłuższy czas, wciąż się nakręcając. W końcu nie wytrzymała, a jej złość musiała znaleźć jakiejś ujście.
- Kurwa! – warknęła, kopiąc w kamień, który mocno uderzył w jakiejś drzewo. O dziwo, poczuła się o wiele lepiej.
- E, dzieciak, może się wysławiaj?
Levy odwróciła się i odczuła brak przyjaciela przy sobie. Była pozostawiona sama w lesie, a przed nią stał wysoki i groźny typ, ubrany w moro i skórzaną kurtkę. Normalnie zaczęłaby krzyczeć, ale w tej sytuacji to nie miało żadnego sensu, przecież i tak nikt by jej nie usłyszał.
- Przepraszam – wydukała i zakryła głowę kapturem bluzy, chcąc przejść obok mężczyzny. Niestety, nie pozwolił jej odejść tak szybko i złapał ją za ramię. Serce dziewczyny podskoczyło aż do gardła ze strachu, powoli spojrzała w oczy mężczyzny, co jednak nie było dobrym wyjściem, ponieważ cały jego piercing twarzy ją przerażał.
- Chwila, znam cię – mruknął spoglądając na jej twarz.
- Chyba mieszkamy w ty samym mieście, może stąd?
Czarnowłosy uśmiechnął się, widocznie potraktował to jako żart.
- Chodzimy do tej samej szkoły, Kapturku – parsknął. – Właśnie tak myślałem, że jesteś tą laską co pofarbowała włosy na niebiesko.
- Oh, okej. Mogę już iść?
- Taa, to cześć – odparł sucho i odwrócił się w swoją stronę. Już powoli mieli od siebie odejść, kiedy oboje usłyszeli wesołe szczekanie. Chłopak obejrzał się za siebie i wywrócił oczami.
- Ja wale, znowu ten kundel – westchnął. – To, że dałem ci żarcie nie znaczy, że możesz za mną łazić!
Nagle zza drzewa wyskoczył mały psiak z czerwoną obrożą, który podbiegł do czarnowłosego.
- Corki? – zdziwiła się Levy. Pies spojrzał w jej stronę i natychmiast zmienił obiekt zainteresowania. – Myślałam, że uciekłeś, co ty tu robisz?
- Znalazłem go po drodze z patykiem z pysku, wyglądał jakby kogoś szukał. Chciałem sprawdzić adres, żeby go odnieść, ale jebany mnie ugryzł. – pokazał z uśmiechem słabe ślady zębów na dłoni jak trofeum po stoczonej walce. – No, i wtedy go nakarmiłem i sam się do mnie przyczepił. Więc to twój pies?
- Można tak powiedzieć.
- Ej no młoda, albo twój pies, albo nie twój, odpowiadaj – ściągnął groźnie brwi.
Levy przełknęła głośno ślinę.
- Moi rodzice go wzięli i się nim zajmowali, teraz jest mój.
Chłopak kiwnął głową i ponownie się uśmiechnął.
- No spoko. W takim razie nie będę miał wyrzutów jakby co. Pilnuj następnym razem kundla i pozdrów starych, Kapturku – mówiąc to odwrócił się na pięcie i odszedł, wkładając dłonie w kieszenie skórzanej kurtki.
Levy westchnęła i spojrzała na Corkiego, który z wywalonym językiem obserwował chłopaka jak bohatera. Kucnęła obok psiaka i mocno go przytuliła. Teraz już mogło się dziać wszystko, ponieważ miała swojego towarzysza.

[Czerwony Kapturek] Część I

W każdym prawdziwym życiu jest chociaż część bajki.

Na zegarku wybiła godzina piąta. Rano? Wieczorem? Drobna dziewczyna podniosła głowę z pogniecionego jaśka na którym przyszło jej spać. Usiadła na rozpadającej się kanapie, śmierdziała ona alkoholem i pleśnią. Dotknęła obrzmiałych ust, a następnie przetarła oczy. Czuła się okropnie, a jedyną jej myślą było to, aby znowu zasnąć. Rozmasowując okolice między oczami rozejrzała się po pokoju. Brudna tapeta odchodziła od ścian na których było widać zacieki, sąsiedzi wiele razy byli ją upominani, aby coś zrobili z własnymi rurami, niestety za każdym razem ją zbywali. Przecież ona była tylko brudnym dzieciakiem, nic nie miała do powiedzenia. Cały pokój wyglądał jak wysypisko śmieci, wszędzie walały się papierki, śmierdziało mokrymi psami, a za kanapą walały się puste butelki po różnych trunkach. Mimo wszystko, nic z stąd nie było jej zasługą.
 - Levy? Wstałaś już? – zapytała ochrypłym głosem kobieta, która zajrzała do jej pokoju.
Niebieskowłosa spojrzała na nią z lekką odrazą, a następnie wyjąkała ciche potwierdzenie.
- To świetnie, pójdziesz nam po fajki – parsknęła wychodząc z pokoju.
Oburzona nastolatka wstała z miejsca i szybszym tempem ruszyła za ciotką. Wkroczyła wtedy prawdopodobnie do salonu, gdzie oprócz jednej kanapy w rogu, małego okrągłego stolika z pustymi butelkami na nim i osikanego przez psy dywanu nie było kompletnie niczego.   
- Niby za co mam je kupić? – zapytała, łapiąc kobietę za ramię.
- Nie wiem za co, ale masz je przynieść – warknęła, a następnie spojrzała na strój dziewczyny, który składał się z samej bluzki i bielizny. – I ubierz się! Co ty myślisz, że w domu jesteś?!
Levy ugryzła się w język. Kiwnęła głową i ruszyła pędem do pokoju. Starała się być silna otwierając szufladę z ubraniami, lecz kiedy zobaczyła pogięte zdjęcie na kupce z jej spodniami nie była w stanie powstrzymać lawiny łez. Moment, kiedy mogła zobaczyć mamę i tatę był tylko wtedy, kiedy spoglądała na fotografię. Była taką szczęściarą i nigdy tego nie doceniała. Żałowała, że na jej ostatnim zdjęciu z rodziną wyglądała na znudzoną i zirytowaną. Jej oddech przyśpieszył, a gardło zaczęło palić. Zamykając bolące oczy przycisnęła zdjęcie do piersi. Tak bardzo tęskniła, tak bardzo chciałaby wrócić do tamtych czasów.
Nagle usłyszała skomlenie. Otworzyła szeroko oczy i spojrzała w dół. To był Corki, jej mały kundelek, który ocierał się o jej nogę. Dostała go od rodziców na piętnaste urodziny. Nigdy się nim nie zajmowała, uważała go za problem, którego nie chciała. To jej rodzice poświęcali mu najwięcej uwagi, to do nich się przywiązał i to ich pokochał, a mimo to, przyszedł do niej, żeby ją pocieszyć.
- Ty też wiele straciłeś, prawda? – westchnęła chcąc go pogłaskać po małej główce. W ostatniej chwili jednak cofnęła dłoń. Nie była w stanie. Czuła, że go zraniła. Porzucając go w domu i ignorując po odejściu rodziców. Wzięła go do ciotki i wuja jak jedną z pamiątek, zapominając, że to również jest żywe stworzenie. Do tej pory nie wiedziała czy coś jadł, czy pił z kim wychodził na spacery, czy psy wuja nie zrobiły mu krzywdy, czy przeżywał te parę miesięcy tak samo źle jak ona? Gdyby doszło to do niej szybciej, nie cierpieliby samotnie a razem.
- Ch-chodźmy na spacer – wydukała niepewnie. Corki spojrzał na nią jak na Boga w czystej postaci, zaczął szczekać i wesoło merdać ogonem, biegał wokół niej z radości. Levy pierwszy raz od dawna się naprawdę uśmiechnęła. Jej szczęście przerwał jednak krzyk ciotki:
- Ucisz tego kundla, bo inaczej ja to zrobię!
Dziewczyna spanikowała. Starała się pokazać psu gestem, aby się uciszył, ale to go tylko nakręcało. Jedynym w tym momencie wyjściem było szybki ubiór i wyjście. Levy zajrzała do otwartej szuflady. Zdjęcie, które trzymała zgięła w pół i schowała do kieszeni spodni, które miała zaraz założyć. Oprócz tego, nałożyła na siebie pierwszą lepszą bluzkę, która nie śmierdziała pleśnią tego miejsca. Wyjrzała jeszcze przez okno, godzina piąta rano w niedzielę i zapowiadało się być chłodno. Spojrzała na drzwi, wisiała na nich jej ulubiona, znoszona już czerwona bluza z kapturem z szarą podszewką.
Szybko wyszła z pokoju i udała się do łazienki, gdzie zamknęła się razem z wciąż radosnym Corkim. Wolała mieć na niego oko, ponieważ ciotka była czasami nieobliczalna.
Spojrzała w lustro i o mało nie krzyknęła. Wyglądała, lekko mówiąc, okropnie. Jej cała twarz była zaczerwieniona, miała wielkie cienie pod oczami, bo nigdy nie mogła spokojnie spać, a dodatkowo wszędzie były ślady po jej rozmazanym tuszu do rzęs, który dostała od przyjaciółki. Nigdy nie przepadała za makijażem, tak samo jak za farbowaniem włosów. Jednak po odejściu rodziców chciała w jakiś sposób coś zmienić, czuła wewnętrzną potrzebę buntu, kiedy odesłano ją do tej rodziny. Najpierw zaczęła się malować, niestety wychodziło jej to tak nieudolnie, że została przy samym tuszowaniu rzęs. Następnie czuła się źle w swoich naturalnych blond włosach, które przypominały jej o rodzicach. Przyjaciółka doradzała jeden z innych, naturalnych kolorów. Przeżyła szok, kiedy Levy przyszła pewnego razy do szkoły w dzikich, niebieskich włosach. Levy parsknęła, nigdy w życiu nie przyznała się jej, że kolor powstał przez jej roztargnienie i wybranie złej farby. Dziewczyna do końca utrzymywała, że taki właśnie miał być efekt. Ostatecznie i tak jej się spodobały, więc wszystko wyszło na dobre.
Wyszła z łazienki natychmiast, kiedy zaczęła wyglądać jak człowiek. Przy drzwiach założyła buty i spojrzała na Corkiego, który już się uspokoił. Miał na sobie czerwoną obrożę z małą błyszczącą kosteczką, gdzie podany był numer telefonu jej ojca i stary adres. Levy po raz kolejny poczuła ukłucie w sercu. Spojrzała na wiszące z boku smycze psów wuja. Wisiało ich dosyć sporo, lecz wszystkie były długie, grube i ubrudzone w błocie, zdecydowanie dla małego psiaka potrzebowała krótkiej i cienkiej smyczy. Pewnie w domu rodzice mieli takich tysiące, ale ona nigdy się tym nie interesowała. Westchnęła i spojrzała na psa, liczyła na to, że jest na tyle mądry, że będzie za nią podążał i się nie zgubi.
Wyszli na zewnątrz. Levy była przerażona, gdy Corki wyleciał przed siebie jak opętany. Pobiegł za najbliższy murek i im dłużej nie było go widać, tym serce dziewczyny zaczynało szybciej bić.
- Corki! – zawołała idąc w stronę kamiennej konstrukcji, która nie wyglądała na solidną.
- Corki noo, wracaj tu! – krzyknęła znowu, zaglądając za mur, lecz tam go nie było. Do jej oczy powoli napływały łzy, czyżby tylko ona zaczynała czuć sympatię do tego stworzenia? Może on też, tak jako ona pragnął tylko wolności i gdy tylko nadarzyła się okazja uciekł jak najdalej. Czuła mieszane emocje, smutek, strach, zazdrość, ale i szczęście, że udało mu się spełnić jego pragnienie.
Powoli ruszyła przed siebie, wkładając dłonie do kieszeni bluzy. Usłyszała charakterystyczne brzęczenie, były to pieniądze. Pięć monet, zdecydowanie nie starczyło na papierosy dla ciotki. Nie chciała kraść, obiecała sobie, że nigdy nie upadnie tak nisko. Zdecydowanie musiała znaleźć jakąś pracę. Pieniądze po rodzicach przejęło jej wujostwo i wątpiła, że jeszcze coś z nich zostało. Jej własne oszczędności malały z każdym dniem, a przecież za coś musiała żyć. W czasie szkoły chodziła na obiady do przyjaciółki, chociaż czuła już powoli, że robi się to niewygodnie dla jej rodziców. Nie dziwiła się, też wolałaby spędzać czas tylko z własną rodziną, a nie jeszcze z jakimś patologicznym dzieciakiem.
Zatrzymała się pod zwykłym marketem. Ta okolica miasta wyróżniała się tym, że miejsca wyglądały na opuszczone. Wybite szyby w budynku, działający do połowy szyld. Wszędzie było czuć alkohol ulicznych pijaków oraz to, gdzie załatwiają swoje potrzeby. Dziewczyna poczuła ciarki, kiedy weszła do środka. Młoda kasjerka z okropnym makijażem zmierzyła ją od dołu do góry z niesmakiem na twarzy. Levy poczuła się przez to jeszcze gorzej, jednak starała się ignorować to uczucie i ruszyła w głąb sklepowych półek. Nie lubiła robić tu zakupów, większość rzeczy była na przecenie, ponieważ była przeterminowana lub w jakiś sposób zepsuta. Niestety, było za wcześnie i miała za mało pieniędzy, aby iść gdzie indziej. Była naprawdę głodna, wydawało się, że burczenie jej brzucha słychać na cały sklep. Wszystko jednak co wydawało jej się możliwe do spożycia było albo spleśniałe albo po prostu nie byłaby w stanie tego włożyć do ust i nie zwymiotować. Cicho westchnęła i włożyła rękę w głąb półki, by wyciągnąć pochowanie z tyłu produkty.
- Ja bym uważał, podobno z tyłu biegają karaluchy – parsknął męski głos.
Levy natychmiast odskoczyła z krzykiem, uderzając głową w męski tors. Odwróciła się na pięcie i spojrzała prosto w oczy rozbawionego chłopaka. Kiedyś mijali się w szkole bez słowa, zawsze uważała go za dziwaka chodzącego całe tygodnie w tych samych spodniach i kretyna niepotrafiącego przeczytać chociaż jednej lektury szkolnej. Kiedy jednak jej życie się zmieniło i z lepszej dzielnicy trafiła do tego samego miejsca co chłopak, który mimo jej docinek starał się pomóc jak tylko mógł, stała się dla niego cieplejsza i zostali przyjaciółmi.
- Natsu – syknęła – jak zwykle jesteś okropny.
- Też się cieszę, że cię widzę. Jak tam życie? – zapytał kładąc pocieszająco dłoń na jej drobnym ramieniu.
- Nic nowego, aktualnie szukam czegoś co się nadaje do jedzenia – westchnęła. – Co tu robisz tak wcześnie?
- Biegałem sobie z rana, aż nie zobaczyłem cię po drodze jak wchodzisz do środka. To co dziś jemy? – rozejrzał się po całym sklepie, a następnie złapał pierwszy lepszy twarożek, a następnie odstawił go z kwaśną miną.
- Zostaje nam przeprowadzanie fotosyntezy – zachichotała dziewczyna, klepiąc go po ramieniu. Roześmiała się jeszcze bardziej widząc konsternacje na twarzy chłopaka po usłyszeniu dziwnego słowa.
- Droga ta fotosynteza?
- Bezcenna – uśmiechnęła się. – Raczej nic tu nie kupimy. Chodźmy się przejść, może zapomnę przy rozmowie o głodzie.
Pożegnali się ze sprzedawczynią, która natychmiast ruszyła sprawdzić, czy dwójka nastolatków czegoś przypadkiem nie zabrała albo nie zepsuła. Ruszyli w stronę najbliższego parku, który właściwie robił popołudniami i nocami za miejsce spotkań typowych meneli oraz zbuntowanych dzieciaków z rozbitych rodzin. Rano jednak to miejsce wydawało się jak przyjazna przystań w której dało się odpocząć, pooddychać świeżym powietrzem i pooglądać piękno natury.
Siadając na jednej z wielu ławek rozmawiali cały czas, o życiu, o banałach, o tym co im się podoba, Levy nawet tłumaczyła chłopakowi ostatnie lekcje, które przerabiali w szkole, ponieważ Natsu nigdy nie był w stanie się skupić na lekcjach. Dziewczyna cieszyła się, że mimo sytuacji w jakiej się znalazła miała kogoś, kto ją w jakiś sposób wspierał i podzielał ból. Miała jeszcze swoją przyjaciółkę Lucy, jednak ona pochodziła z dobrego domu i mimo jej wielkiej wrażliwości, Levy była pewna, że nie rozumie ona jej sytuacji. Dla niej, problemy Lucy były naprawdę mikroskopijnych rozmiarów, chociaż i tak starała się ją wspierać gdy tylko miały okazję się spotkać.
Nagle między Natsu i Levy nastała dziwna, długa cisza. Dziewczynie nie przeszkadzałoby to, gdyby nie fakt, że przyjaciel ewidentnie wyglądał na strapionego i coś w sobie dusił. W końcu podniósł głowę i spojrzał jej głęboko w oczy.
- Zakochałem się…
Cały świat nagle zawirował w głowie niebieskowłosej. Jej serce mocniej zabiło a twarz oblał wielki rumieniec. W niej? Jak to? Przecież byli przyjaciółmi. Lubiła chłopaka, ale nie wyobrażała sobie czegoś więcej z nim. Nie była w stanie patrzeć mu w oczy, więc odwróciła głowę i spojrzała na pobliskie drzewo. Nie była w stanie mu powiedzieć, że to nie wyjdzie, nie chciała mu w taki sposób łamać serca.

Wstęp

„Honey, no one believes in Fairy anymore”
               
                Wiele osób uważa, że życie to nie bajka. Jednak tak naprawdę każda historia miłosna zawiera chociaż jeden bajkowy element. 
Co ma wspólnego tragedia młodej dziewczyny ze szkolnym chuliganem? 
Dlaczego najmilsza dziewczyna w szkole nazywa się "bestią"? 
Co pokochała piękna dziedziczka w osieroconym chłopaku? 
Co łączy zgubiony scyzoryk ze szkolnym przystojniakiem? 
Czy miłość to tylko „syndrom sztokholmski”?

Wszystkiego dowiecie się w "bajkach".